— No?

— Psy!

— Psy? — zdziwił się Bursztyn.

— A psy. I to ci powiem, że psa, który by tak pachniał, jak tamte, póki żyję, nie spotkałem. Co to się będzie działo, jak one się pokażą na rynku! Wstyd!

— Każdy będzie wiedział, że to z naszego domu — zmartwił się Bursztyn.

— Jak my się z nimi innym psom na oczy pokażemy?!

— Patrz no, patrz! — zawołał Bursztyn i aż kucnął ze zdumienia, a oczy mu się zrobiły wielkie jak talary.

Każdy by się zresztą zdziwił, nie tylko pies.

Przyjezdna pani wyjęła z koszyka Tiuzdejka, który miał na sobie fraczek w kratkę pomidorową z zielonym!

— Wstyd i ohyda! — zdecydował Puc. — Idziemy do domu.