— To ty nie wiesz, że jak są goście, to Katarzyna spóźnia się z kolacją? Żebyś teraz nie wiem jak płakał, nie dostaniesz ani krzynki.

— To ci los! — jęknął Bursztyńsio.

I aż w nim kipiało na myśl, jakie to nieszczęście dla całego domu przyniosły ze sobą te zamorskie potwory, które spadły im na głowę.

Musiał Bursztyn wierzyć Pucowi na słowo. Pucunio znał dom, no i Katarzynę. Nie wyrywał się więc do domu. Usiłował bawić się w dalszym ciągu.

Lecz co to za zabawa o pustym żołądku?

Bursztyńsio biegał wprawdzie w ósemkę, ale jakby od niechcenia, szczekał, ale coraz ciszej. Wreszcie krzyknął Pucowi:

— Niech się dzieje, co chce, ja wracam do domu! — i co sił w nogach sadził przed siebie.

Puc za nim.

Wpadły obydwa w podwórze. Bursztyńsio jak w dym pobiegł wprost do kuchni. Zamknięta.

— Co to jest? — krzyknął głosem ostatniej rozpaczy.