Pucunio wnet stawał na tylnych łapkach i przednimi wycierał sobie uszy. A z takim zapałem, że zdawało się, iż je sobie urwie.

Umiał też przemawiać. I to publicznie. Wypowiadał takie mowy, że aż ha!

Podczas obiadów czy kolacji Puc siadywał zwykle na krześle przy stole. Nie spuszczał wzroku z tego, co się działo na obrusie. Co pewien czas spoglądał nam w oczy. Czekał tylko na to, żeby któreś z nas powiedziało:

— Puc, powiedz no mowę!

Wtedy zrywał się, opierał przednimi łapkami o stół i poszczekiwał głosem poważnym, jakby coś opowiadał. Jeśli mu ktoś powiedział:

— To tak było, Pucuniu? Naprawdę? Biedny piesek!

Wówczas Pucunio się wzruszył i swoją mowę wygłaszał coraz bardziej płaczliwie.

Kończył jednak natychmiast i urywał w pół zdania, kiedy dostał coś do zjedzenia.

Wtedy chwytał to, co mu dano. i biegł do kąta. Leżała tam gazeta. Był to psi obrus. Bo Pucek, a nawet i Bursztyn jadały w pokoju tylko na psim obrusie.

Takie to psie uczoności chodziły po domu.