A Bursztyńsio? Bursztyńsio był zupełny wyrodek.
Chodził i on wprawdzie do psiej szkoły, w kąt za kredensem.
Ale co to była za nauka!
Do zachrypnięcia można mu było powtarzać: „Służ, służ”, pokazywać, jak należy kucnąć na tylnych nogach, kusić Bursztyna kawałkami kiełbasy, za którą przepadał.
Na nic się to wszystko zdało.
Bursztyńsio udawał, że się zupełnie w kącie utrzymać nie może. Jak kłoda, tak ciężko walił się na podłogę.
A zawsze jakoś tak wymiarkował, żeby do kiełbasy było najbliżej i żeby ją niby niechcący można było chwycić w zęby.
I Krysia się biedziła nad Bursztynem, i ja, i Katarzyna, która mu perswadowała i dobrym słowem, i rózgą. Na nic. Bursztyńsio się uparł. Powiedział sobie:
— Nie bójcie się! Już ja się nie dam! Prędzej wam się znudzi niż mnie!
No i przetrzymał. Bo daliśmy wreszcie za wygraną. Nikt już z Bursztyńsia nie usiłował zrobić uczonego psa. Został on na całe życie nieukiem, ordynarnym kundlem, który nawet służyć nie potrafi.