Nic więc dziwnego, że na wspomnienie o chińskim tańcu rozpłakał się Bursztyńsio na dobre.
Puc słuchał jęków z obrzydzeniem. Znudziło mu się wreszcie skamlanie i krzyknął:
— Bursztyn, dość! Nie drzyj się! Weźmiesz17 od Katarzyny, ani się obejrzysz!
I dziwnie rychło sprawdziła się ta przepowiednia!
Uchyliły się drzwi. Więc Bursztyńsio chlust! w szparę. I nagle: pisk, wrzask, ręka Katarzyny, koziołek w powietrzu na środek podwórza i bolesny jęk Bursztyńsia:
— Oj, oj, oj!
— A widzisz! — warknął Puc. — Nie mówiłem ci, że jak są goście, to się rozpoczyna chiński taniec? Teraz się nauczyłeś chińskiego tańca. Teraz będziesz wiedział, że jak są goście, to nic w całym domu nie dzieje się o zwykłej porze, kuchnia jest zamknięta, a Katarzyna zła jak chrzan.
Bursztyńsio, jak tylko się nieco otrząsnął z upadku, zabrał się do poszukiwań.
Przede wszystkim wylizał do czysta swoją miskę.
Nie było tam wiele, ale zawsze starczyło na jeden ząb. Brząkał miską po przymurku, aż się rozlegało. Wyjadł wszystkie marchwie i pietruszki, na które w zwykłym czasie nawet nie raczył spojrzeć i wywlekał daleko ze swojej miski, trzymając je z obrzydzeniem ledwie końcem zębów.