Siadły teraz spokojnie obok siebie i rwały ochłap.
Jadły, jadły i jadły.
Po uczcie resztę zakopały pod różą.
I poszły spać do budy.
Kiedy Katarzyna nalała im jedzenia do miski, już spały w najlepsze. Puc ledwo raczył otworzyć oczy. Bursztyńsio nie wytrzymał. Zerwał się i pobiegł do miski.
Zjadł, co było. Ale wybredzał! Powyjadał najpierw samo mięso ze spodu, kaszę ledwie raczył parę razy skubnąć, a na marchew, pietruszkę i kartofle nawet nie spojrzał.
Rozdział piąty
Tymczasem w domu działy się rzeczy niezwykłe.
Właścicielkę Tiuzdejka i Mikaduchny... nazwijmy panną Agatą, dobrze?
Psom zostawmy imiona prawdziwe.