Krysia wyjęła naszych psich gości z bryczki i zaniosła ich w koszykach do domu. Chciała postawić je w kuchni. Kiedy panna Agata to zobaczyła, wyrwała jej koszyk z rąk, do głębi serca oburzona.
— Tiuzdejek jest świeżo po katarze. Nie znosi przeciągu. Proszę go umieścić w zacisznym miejscu! — zawołała.
I zaczęło się bieganie po całym domu w poszukiwaniu zacisznego miejsca dla Tiuzdejka.
Ulokowano go nareszcie pod stołem w jadalni.
Mikaduchna z koszem znalazł się za szafą przy piecu.
Dlaczego?
Podobno dlatego, że pochodził z ciepłych krajów.
Choć, prawdę powiedziawszy, u nas było lato, słońce prażyło żywym ogniem, więc było dość ciepło nawet dla japońskiego elegancika. Za to piec był zimny jak lodownia.
Tiuzdejek, ledwie go ustawiono na miejscu, podniósł się na swojej poduszce, ziewnął przeraźliwie, skrzywił się, jakby miał cytrynę w pyszczku, i zaczął się pogardliwie rozglądać dokoła wyłupiastymi oczyma.
— Wcale mi się tu nie podoba! Co to za dom? Co to za ludzie? Chodzą i chodzą, a biedny, chory pies spokoju nie ma — narzekał.