Był tak łaskaw, że go zjadł. Choć muszę się przyznać, że kotlet był wprawdzie skrobany, ale ze zwyczajnej cielęciny. Wieczorem wątróbki dostać nie było można.
Mikaduchna... o, Mikaduchna był zupełnie inny!
Nie mazał się, nie kaprysił.
Wyszedł z kosza, obszedł i obwąchał starannie wszystkie kąty w domu. Robił to z powagą i skupieniem. Przyjrzał się nam wszystkim po kolei.
Gdyby nie to, że był maleńki, mniejszy niż Pucunio, to znaczy, sięgał mi do pół łydki najwyżej, można by było powiedzieć, że spoglądał na nas z góry.
— Coście wy za jedni? — pytał nas wzrokiem.
Krysia próbowała go pogłaskać. Pokazał jej zęby.
— Tylko bez poufałości — oświadczył krótko.
— Mikaduchna, złotko, skarbuńciu — usiłowała go mitygować22 panna Agata.
Wzięła go na ręce. Mikaduchna jednak pieszczot w ogóle nie lubił. Wyrwał się pannie Agacie i skoczył na fotel. Obejrzał się na nas i przybrał minę tak wspaniałą, że bez kija ani przystąp.