— Ty dokąd? — pyta go Puc.
— Dajcie mi się wyspać — błagał Bursztyńsio.
— To ty nie wiesz, że Katarzyna za chwilę wyjdzie na podwórze?
— Wszystko mi jedno — mamrotał Bursztyńsio i pakował się z powrotem do budy.
Ale już stamtąd lekkim kroczkiem, przeciągając się i wyginając, wychodziła Imka. Wcale nie miała ochoty ustępować Bursztyńsiowi.
— Zejdź mi z drogi, ty śpiochu, ty niedojdo! — krzyknęła na niego z góry.
Bursztyńsio nie odrzekł ani słowa. Pchał się gwałtem do budy. Kocica dała mu raz i drugi po zaspanej łepetynie. Bursztyńsio wrzasnął:
— Co to jest? Co to za porządki? — I uciekł pod kurnik.
Trzeba wam wiedzieć, że Imka krótko trzymała psy. Siadywała ona zawsze gdzieś wysoko i spoglądała z góry na bawiące się szczenięta. Wodziła za nimi bursztynowymi oczyma. Uważała, co robią.
Niech no się psy zbytnio rozfiglowały, niech pohałasowały niepotrzebnie w pokoju albo na podwórzu!