Jak piorun z jasnego nieba spadała wtedy Imka na psiaki.

Brały one wnyki, i to porządne, bo kocica żartować nie lubiła.

Nic dziwnego więc, że Puc i Bursztyn bały się kotki, gdy były małe. Nie przestały się jej bać, choć podrosły. Sypiały z nią razem, bawiły się nieraz, ale miały przed nią respekt.

I dlatego Bursztyn jak niepyszny uciekł z budy, gdy mu tylko kocica kazała się wynosić.

Usiadł pod kurnikiem.

Rozpoczął ranną toaletę. Wodził pyszczkiem po całym ciele, nie wyłączając ogona. Kłapał zawzięcie zębami.

Co robił? Łatwo się domyślić, że walczył z pchłami. Jak wiecie, Bursztyn bał się wody jak ognia, więc walka z licznym nieprzyjacielem była uciążliwa i trudna.

Otworzyły się drzwi. Stanęła w nich Katarzyna. Niosła w misce jedzenie dla drobiu.

Puc patrzył za nią, ale się nie ruszył z miejsca. Bursztyn za to zerwał się i dreptał krok w krok za Katarzyną. A nos miał zadarty do góry.

— Bursztyn, na miejsce! — krzyknął na niego Puc. Zawsze się kompromitujesz. Nie wiesz to, że Katarzyna nie lubi, kiedy się zagląda do kurzego jedzenia?