Jeśli Bursztyn wyleci z kuchni — to znaczy, że nie ma po co się pchać. Ale że Bursztyńsio dobre kilka chwil nie wracał, widać więc, że się coś nowego przywidziało Katarzynie.
A może już tamtych nie ma? Może wszystko wróciło do dawnego stanu?
— Wejść czy nie wejść? — rozmyślał, aż kręcił się w kółko z niecierpliwości i przysiadał.
Aż wreszcie wziął na odwagę i wsunął się ostrożnie. Zobaczył najpierw szeroko rozstawione tylne nogi Bursztyna i ogon sterczący jak kita.
Własnym oczom nie wierzył.
— Czyżby coś jadł? — zdumiewał się. — Jeśli tak, to dobra nasza.
Już śmielej wsunął się do kuchni. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, zaczął się przykładać do ziemi w najuprzejmiejszych ukłonach przed Katarzyną.
— Ta palma to naprawdę nienaumyślnie — przemawiał czule i najprzymilniej, jak umiał.
Katarzyna spojrzała na niego zezem. Była widocznie zła. Pucunio struchlał, zimny pot go oblał, a wszystkie włosy na skroni stanęły mu dęba.
— Lanie pewne — stwierdził z rozpaczą.