Poszły dalej.
— A to co? — zaśmiał się Bursztyn ujrzawszy Mikaduchnę siedzącego jak zawsze nieruchomo na poduszce.
— Niby pies! — zaśmiał się Puc.
Mikaduchna przyglądał się im obojętnie z góry i ani drgnął.
Bursztyńsio podsunął się bliżej z nosem wystawionym na wiatr. Pociągnął niuch zapachu i zaraz się cofnął.
— Puc! — szepnął zdumiony do najwyższego stopnia. — To nie jest pies.
— A co to jest? — zaśmiał się Puc.
— Coś, co z przodu pachnie zwietrzałą rezedą30, a z tyłu naftaliną. Zupełnie jak ten szczur, co siedział w szafie z futrami!
— E, pstro masz w głowie! — oburknął go Puc.
A że znał się na grzeczności i nawet z takimi dziwolągami, jak psy panny Agaty, lubił postępować politycznie, więc majtnął kilka razy przyjaźnie ogonem i zaczął od przedstawienia gościowi siebie i Bursztyńsia.