— My jesteśmy tutejsze, domowe psy — powiedział uprzejmie.
Mikaduchna nie kiwnął nawet głową. Ledwie raczył zmrużyć oczy.
— Ja jestem Puc, a on się nazywa Bursztyn — ciągnął Pucunio.
Milczenie. Pucunio już był zły.
— Czy dostojna osoba umie się bawić w jaką przyzwoitą psią zabawę? — zagadnął z przekąsem.
„Dostojna osoba” i tym razem nie burknęła ani słówka.
Bursztyńsio parsknął śmiechem.
— W co on by się umiał bawić? Puc, daj spokój tej ofermie! Szkoda czasu. A może dostojna osoba zlazłaby z tej poduszki — powiedział już wyraźnie obraźliwie.
I nie tylko powiedział, ale schwycił „dostojną osobę” za długie kosmate uszko i zaczął nim szarpać nie na żarty.
Mikaduchnę zła krew zalała. Jak się szarpnie, jak skoczy!