Ze strachu, chcąc uciec przed psami, wetknęła głowę w siatkę kurnika. I ani rusz nie mogła jej wyjąć. Im się bardziej szarpała, tym mocniej się wikłała.
— Ratunku! Duszę się! — darła się rozpaczliwie.
I byłaby się może naprawdę udusiła, gdyby nie psy. W gonitwie wpadły na Melańcię. Odbiły się od niej i z całego rozmachu łomotnęły w kratę, aż jęknęła. Głowa Melańci wyskoczyła sama z pęt.
Kaczka odskoczyła od kraty i co miała sił w nogach, pędziła do męża.
— Ach, ach, ach! Jaka jestem zdenerwowana! — skarżyła się Kacperkowi.
Ale Kacperek nigdy nie brał sobie tego do serca, co nie dotyczyło jego samego.
— Gdzie są psy, tam mieszka niepewność — kwakał z powagą i rozwarł dziób, jakby miał jeszcze powiedzieć jakieś kacze przysłowie.
Ale nie powiedział nic, tylko majtnął parę razy zielonym ogonem i rzucił krótko:
— Do ogrodu!
I nie czekając na Melańcię, podreptał, przetaczając się na oba boki, ku parkanowi.