Był tam przełaz wygrzebany pod płotem. Przez tę dziurę ptactwo przemykało się do ogrodu.

Prześliznął się sam przez dziurę, za nim Melańcia. Gdy już byli po tamtej stronie parkanu, Kacperek się zatrzymał i kwaknął do żony:

— O ile się nie mylę, hałas na podwórzu nie ustaje.

— Dobrze mówisz, Kacperusiu, hałas na podwórzu nie ustaje — przytwierdziła Melańcia, która zawsze zgadzała się z mężem.

— Jeśli się nie mylę, sprawcami tego hałasu są psy. Czy zgodzisz się ze mną. Melańciu, że dotąd nie będzie porządku na świecie, dokąd, zamiast karmić tylko nas, człowiek w spódnicy będzie stawiał miski i dla tych drapichrustów, których nazywają psami?

— Zgadzam się z tobą, Kacperuniu — zaczęła Melańcia i nie skończyła.

Bo z podwórza doleciał taki wrzask, taki jazgot, taki gwałt, że Melańci głos uwiązł w dziobie.

Kacperek zadreptał w miejscu. Krzyknął:

— Naprzód! — i jak kula potoczył się przed siebie.

Za nim biegła potaczająca się Melańcia.