Znany on był w całym mieście ze swojej głupoty. Łeb miał okrągły jak bania, oczy tak bezdennie bezmyślne, że od razu, na pierwszy rzut oka, można było poznać psa, któremu brakuje piątej klepki.
Mędrek szczekał zawsze wtedy, kiedy inne psy nie byłyby szczeknęły za nic na świecie, rzucał się na ludzi i zwierzęta po to, by za chwilę, podkurczywszy ogon, uciekać skowycząc i rozglądając się z przerażeniem za siebie.
Taki pies niedojda.
No i tchórz nad tchórze. A, jak każdy tchórz, odważny był względem tych, którzy byli słabsi od niego i nie mogli się bronić. Nad takimi rad się znęcał. Kiedyś z zębów Mędrka ledwieśmy odratowali małego szczeniaka, którego ten kat dręczył dla samej przyjemności znęcania się.
Otóż, o ile psy nie brały do serca plotek i podmawiań. Mędrek spojrzał ze złością na Mikaduchnę, który był wątły, mały i mógł mu łatwo przejść pod brzuchem.
Podszedł on do Mikada, obwąchał go i warknął:
— Wynoś się z naszego towarzystwa!
Mikado spojrzał na niego po swojemu. Ani drgnął.
— Słyszałeś? — powtórzył Mędrek.
I zanim się kto opatrzył, co się stało, runął na Mikaduchnę i przygniótł go do ziemi.