— Noga moja nie postanie w tym mieście! — krzyknęła i zemdlała.
Krysia nie straciła głowy. Podskoczyła do kłębiących się psów. Chwyciła Mikada za ogon, bo akurat ogonek psiny był na wierzchu, i wyciągnęła go z psiego rojowiska.
— Jest, wuju, jest! — zawołała i w triumfie przyniosła go na chodnik.
Boże, jakie biedactwo było poharatane!
Z jedwabistych, wypieszczonych uszu same pokrwawione strzępki. Z futerka — coś, co przypominało zdechłego kota i szczotkę kominiarską.
Jednym słowem — rozpacz!
Trzeba się nim było zająć poważnie, bo ledwie dyszał. Było to tym łatwiejsze, że jego pani już się ocknęła. Ujrzawszy psy, gryzące się tuż przy niej, otrzeźwiała i zaczęła uciekać co sił w stronę domu.
Zabraliśmy na ręce biednego inwalidę.
Nie mógł iść, choć kości w nogach miał całe.
Trzeba go było wymyć. Znosił ciepłą wodę z mydłem jak bohater.