Ani trochę!

Poszarpane uszka zrosły się. Tam gdzie były niewyraźne zresztą blizny, zasłoniła je długa jedwabista sierść Mikada. Po rycerskim udziale Mikaduchny w starciu nie zostało śladu.

Był ładny jak przedtem, jak zwykle.

Zmiana też, o której mówię, nie dotyczyła powierzchowności psiny.

Zmienił się wewnętrznie. Zmężniał. Stał się psem jak się patrzy.

Biegał niezgorzej od naszych psów domowych. Skakał w górę lepiej niż Bursztyńsio.

I poweselał znacznie. Okrągłe paciorki oczu śmiały mu się, były pełne radości.

Pomimo to Mikaduchna nie stracił nic na swej wrodzonej powadze. Zawsze spoglądał na wszystkich z góry i nie pozwalał sobie na to, na co pozwalały sobie Bursztyńsio i Pucek.

— To nie pies, ale złoto! — mawiała o nim Katarzyna. — Można by mu na samym nosie położyć kawałek kiełbasy — nie ruszy.

Nie myślcie jednak, że i Mikaduchny nie trzymały się figle.