jakby, powstawszy rano,

rozpuścić wszystkie swe żądze...

I Zazdrość się zerwie

i będzie zazierała pod okna sąsiada,

zali nie bielszy chleb na jego stole...

A potem, przeklinając dzień, który ją zrodził,

pod fartuch schowa garnek z rozżarzonym węglem

i pójdzie go podłożyć między snopy zboża...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Chwalcie wraz ze mną Miłość,