pali jej żółte, pomarszczone skronie

i po policzkach leje strumień żaru,

w bezdźwięczną skórę piersi wysuszone zmienia

i wargi jej roztwiera, daremnie łaknące

ach! rzeźwiącego zbawienia...

A dzwon się rozlega,

z jękiem się czołga po spalonej łące,

z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,

łkaniem wyschnięte chce poruszyć wody

i zrozpaczony zamilka u brzega