Czy zaś upijamy się „siwuchą” w rynsztoku lub szynku, czy też szampanem w wykwintnym otoczeniu, to zupełnie wszystko jedno. Stopień upojenia zależy od ilości pochłoniętego alkoholu. A nawet pozwalam sobie twierdzić, że na ogół szampan jest o wiele szkodliwszy, aniżeli prosta gorzałka. Szampan ma pewien urok „poetyczny”, pociąga ku sobie nawet dusze „wyższe” i „podniosłe”. Szampanem chętnie upijają się nawet wykwintne damy, wystrojone i od zewnątrz i od wewnątrz z nieskazitelną wytwornością, te same damy, które od szynku i rynsztoku odwrócą się ze wstrętem, obrzydzeniem i pogardą.

A to, co ma urok, co wprawia w błogostan i „nerwy” i „duszę”, to również pociąga ku sobie z taką niepowstrzymaną siłą, że nie jest mu w stanie przeciwdziałać chociażby najgłębsze i najnaukowiej uzasadnione przekonanie o jego bezwzględnej szkodliwości. Wiadomo przecież, że niektórzy lekarze, doskonale zaznajomieni ze zgubnym wpływem środków pobudzających, nie tylko że palą namiętnie, upijają się itd., ale także morfinizują się, przygotowując sobie przedwczesne stępienie umysłu, przedwczesną starość i przedwczesną śmierć. Wiadomo również, że wielu uczonych i ludzi „wyższych umysłowo” pomimo głębokiego przekonania o niesprawiedliwości społecznej i nieetyczności tak zwanej rozpusty, uprawiają jednak ten sport z wielką gorliwością, a pędzi ich ku temu pewnego rodzaju ciekawość i żądza odnawiania rozkosznych wrażeń i „nastrojów”. I w ogóle potrzeba powtarzania wrażeń lubieżno-krwiożerczych jest potężnym czynnikiem społecznym, a raczej przeciwspołecznym, czynnikiem, współdziałającym bujnemu rozkwitowi i rozpanoszeniu się zdekadencenia zezgniłoszenia i zdziczenia. Stąd to między nami tylu dzikich, za nic nie będących wstanie oprzeć się choćby najlżejszemu pociągowi do odtwarzania w sobie w ten lub ów sposób wrażeń i „nastrojów” wprawdzie przyjemnych, ale zgubnych i niszczących organizm psychofizyczny człowieka.


Wydaje się z pewnością niejednemu wielkim zuchwalstwem, że ja, zwykły karzeł i pigmej, pozwalam sobie porywać się na olbrzymów literatury, poezji i sztuki, pomawiając ich o zgubny wpływ na czytelników i widzów. Istotnie, zgrzeszyłem; biję się więc pokornie w piersi, powtarzam „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” i zapytuję:

Czyż wobec wspaniałości i imponującej piękności pożaru nie powinny się wydać karlimi i ze stanowiska „estetyki” wysoce nagannymi wszelkie usiłowania skierowane ku jego tłumieniu?

Czyż wobec olbrzymiego wrażenia i poetycznej soczystości powodzi należy zaniechać karlich wysiłków dążących do stawiania jej tam, a nawet do jej absolutnego uniemożliwienia?

A nareszcie czyż nie napełniają nas „estetyczną” zgrozą i czyż nie dają nam wielkiego zadowolenia „estetycznego” masowe rzezie, ścierania się tłumów z tłumami, wybuchy lawy nienawiści międzystadowej z „wulkanów społecznych”? I czyż zadowolenie estetyczne od podobnych zjawisk powinno nam wystarczyć, czyż powinniśmy dać sobie pokój i wyrzec się wszelkich prób oddziaływania na jednostki w celu uniemożliwienia albo przy najmniej znacznego osłabienia tych „majestatycznych objawów” gromadnie urzeczywistnianej „miłości bliźniego”?

Petersburg, grudzień 1903.

Przypisy:

1. Jeszcze nie tak dawno... — ustęp ten, od „Jeszcze nie tak dawno” do „tego wyrazu?” został wyrzucony przez cenzora. [przypis autorski]