Każdy powiedział, co mu się zdało najstosowniejsze do uspokojenia naczelnika, który tak dalej ciągnął swoje opowiadanie:
— Nazajutrz, o tej samej godzinie powróciły obie pokutnice. Sanudo od dawna ich oczekiwał. Młodsza znowu uklękła przy konfesjonale; była nieco spokojniejsza, jednak i tym razem nie obeszło się bez szlochów. Nareszcie srebrnym i dziewiczym głosem wyrzekła te słowa:
— Niedawno temu, czcigodny ojcze, jak serce moje, zgodne z obowiązkami, zdawało się na wieki ustalone na drodze cnoty. Przeznaczono mi młodego i szlachetnego małżonka. Sądziłam, że go kocham...
Tu znowu łkania się rozpoczęły, ale Sanudo świątobliwymi wyrazy uspokoił młodą dziewczynę, która tak dalej mówiła:
— Nierozsądna ochmistrzyni zwróciła moją uwagę na zasługi człowieka, do którego nigdy nie mogę należeć, o którym nigdy nie powinnam myśleć, z tym wszystkim jednak nie jestem w stanie przezwyciężyć świętokradzkiej namiętności.
Wzmianka o świętokradztwie dała poznać Sanudowi, że chodziło o księdza, może nawet o niego samego.
— Obowiązkiem twoim — rzekł drżącym głosem — jest ofiara z twojej miłości złożona małżonkowi przeznaczonemu ci od rodziców.
— Ach, czcigodny ojcze — odrzekła — dlaczegóż nie jest on podobny do człowieka, którego ukochałam? Dlaczegóż nie ma jego czułego, choć surowego wejrzenia, jego rysów tak pięknych i szlachetnych, jego wyniosłej postaci?
— Moja panno — przerwał Sanudo — podobna mowa nie przystoi przy spowiedzi.
— Bo też to nie jest spowiedź — odpowiedziała młoda dziewczyna — ale wyznanie.