— Chcesz mówić o czyśćcu — odpowiedział Toledo. W ten najzupełniej wierzę, doświadczyłem go bowiem za życia, kiedym się kochał w tej niegodziwej Inezie z Nawarry, najdziwaczniejszym, najbardziej wymagającym i najzazdrośniejszym stworzeniu, jakie kiedykolwiek w życiu spotkałem, ale też odtąd zarzekłem się na wieki bogiń teatralnych. Ale ja rozprawiam, a ty ani jesz, ani pijesz, ja wypróżniłem całą butelkę, a twój kieliszek jeszcze pełny, o czym myślisz? O czym tak dumasz?

— Dumałem — rzekł Aguilar — nad słońcem, które dziś widziałem.

— Nie mogę ci tego zaprzeczyć — przerwał Toledo — gdyż ja także je widziałem.

— Dumałem także nad tym — dodał Aguilar — czy jutro je zobaczę.

— Nie wątpię o tym, zwłaszcza jeżeli mgły nie będzie.

— Nie zaręczaj z taką pewnością, gdyż może być, że nie dożyję jutrzejszego dnia.

— Muszę wyznać — rzekł Toledo — że przywozisz nam z Malty niezbyt pocieszające myśli jak do stołu.

— Człowiek zawsze pewny jest śmierci — przerwał Aguilar — ale nigdy nie wie, kiedy ostatnia chwila nań przypadnie.

— Słuchaj no — rzekł Toledo — przyznaj się, skąd wyciągnąłeś te przyjemne zdania? Musiał to być jakiś piekielnie nudny śmiertelnik, który cię nimi napoił. Czy często zapraszacie go u was na wieczerzę?

— Mylisz się — rzekł Aguilar — dzisiejszego poranku spowiednik mój mówił mi o tym.