— Ach — zawołał Toledo — proszę cię, nie myśl wcale o moim nawróceniu.

— Jestem tylko żołnierzem — rzekł Aguilar — nie umiem mówić z ambony, ale powinienem słuchać głosu boskiego.

W tej chwili zegar uderzył jedenastą. Aguilar uściskał przyjaciela i rzekł:

— Posłuchaj, Toledo — tajemne przeczucie ostrzega mnie, że zginę, pragnę jednak, ażeby śmierć moja przydała się ku twemu zbawieniu. Opóźnię walkę aż do północy. Natenczas uważaj pilnie: jeżeli umarli mogą jakimś sposobem dać się słyszeć żyjącym, w takim razie bądź przekonany, że przyjaciel twój nie omieszka zapewnić cię o istnieniu tamtego świata. Uprzedzam cię tylko, uważaj dobrze: o samej północy.

To mówiąc, Aguilar uściskał jeszcze raz przyjaciela i wyszedł.

Toledo rzucił się na łóżko, zalewając się łzami, ja zaś wyszedłem do przedpokoju, ciekawy, jak się to wszystko skończy.

Toledo wstawał, spoglądał na zegarek, po czym znowu padał na łóżko i płakał. Noc była ciemna, tylko migotania dalekich błyskawic przedzierały się czasami przez szpary okiennic. Burza coraz się zbliżała i okropności jej powiększały jeszcze posępność naszego położenia. Północ uderzyła i z ostatnim dźwiękiem usłyszeliśmy trzy stuknięcia w okiennicę.

Toledo otworzył okiennicę, mówiąc:

— Czy zginąłeś?

— Zginąłem — odpowiedział grobowy głos.