Długo święcie dochowywałem jego rozkazów i dobrze mi z tym było, nareszcie nieprzewidziane okoliczności znowu połączyły mnie z domem Moro. Zapomniałem lub raczej na chwilę zaniechałem rad mego ojca i zobaczysz, jakem na tym wyszedł.

Interesy z dworem powołały mnie do Madrytu, gdzie zapoznałem się z pewnym Livardezem; który dawniej utrzymywał dom handlowy, teraz zaś żył z procentu od znacznych sum poumieszczanych po różnych miejscach. Człowiek ten miał w swoim charakterze coś dla mnie przyciągającego. Już byliśmy z sobą dość ściśle zaprzyjaźnieni, gdy dowiedziałem się, że Livardez jest wujem Sancha Moro, naówczas naczelnika rodziny.

Powinienem był natychmiast zerwać z nim wszelkie związki, ale ja, przeciwnie, jeszcze ściślej się z nim połączyłem. Pewnego dnia Livardez oznajmił mi, że wiedząc, z jaką biegłością prowadziłem handel z Wyspami Filipińskimi, postanowił sposobem komandyty umieścić u mnie milion. Przełożyłem mu, że jako wuj Sansza jemu raczej powinien był powierzyć swoje kapitały; ale opowiedział mi na to, że nie rad z krewnymi wchodzi w interesy pieniężne. Nareszcie przekonał mnie, co mu przyszło z tym większą łatwością, że w samej rzeczy tym sposobem nie zawiązywałem żadnych stosunków z domem Moro. Wróciwszy do Kadyksu, dodałem jeden okręt do dwóch moich, które corocznie do wysp wysyłałem i przestałem o nich myśleć. Następnego roku biedny Livardez umarł i Sanszo Moro napisał mi, że znalazłszy w papierach dowód jako wuj jego umieścił u mnie milion, prosi o śpieszny zwrot tej sumy. Może należało zawiadomić go o warunkach naszej umowy i o spółce komandytowej, ale nie chcąc mieć żadnej styczności z tym przeklętym domem, natychmiast odesłałem milion.

Po dwóch latach okręty moje wróciły i podoiły kapitał włożony w ładunek. Winienem więc był zapłacić dwa miliony nieboszczykowi Livardezowi. Mimowolnie zatem musiałem napisać do braci Moro, że miałem dwa miliony na ich rozkazy. Odpowiedzieli mi na to, że przed dwoma laty kapitał był zaciągnięty do ksiąg i że wcale nie chcieli słyszeć o tych pieniądzach.

Pojmujesz, mój synu, jak silnie uczułem tę krwawą krzywdę, wyraźnie bowiem chcieli podarować mi dwa miliony. Radziłem się kilku negocjantów z Kadyksu, którzy jakby na złość przyznali słuszność moim przeciwnikom, dowodząc, że ponieważ dom Moro przed dwoma laty pokwitował mnie z kapitału, nie miał zatem żadnego prawa do zyskanego dziś procentu. Ofiarowałem złożyć własnoręczne mowy przekonujące, że kapitał Livardeza rzeczywiście znajdował się na okrętach, że gdyby te były zatonęły, byłbym miał prawo żądać zwrotu oddanego miliona; ale widziałem, że samo nazwisko Moro walczyło przeciw mnie i że gdybym był zwołał juntę z pierwszych negocjantów, ich sąd nie byłby dla mnie przychylny.

Udałem się do adwokata, który powiedział mi, że ponieważ bracia Moro zażądali zwrotu miliona bez pozwolenia ich zmarłego wuja, ja zaś użyłem go wedle żądania tegoż wuja, rzeczony zatem kapitał istotnie znajdował się dotąd u mnie, milion zaś przed dwoma laty zaciągnięty w księgi domu Moro, był innym milionem, niemającym z drugimi żadnego stosunku. Adwokat poradził mi, abym zapozwał braci Moro przed sąd sewilski. Poszedłem za jego radą i wytoczyłem im proces, który ciągnął się przez sześć lat i kosztował mnie przeszło sto tysięcy piastrów. Pomimo to przegrałem we wszystkich instancjach i dwa miliony u mnie pozostały.

Z początku chciałem obrócić je na jaki zakład dobroczynny, ale obawiałem się, aby zasługa nie spadła w pewnej części na przeklętych braci Moro. Dotychczas nie wiem jeszcze, co pocznę z tymi pieniędzmi, każdego jednak roku, sumując bilans kredytu i debetu, umieszczam w pierwszym dwa miliony mniej. Widzisz zatem mój synu, że mam stanowcze powody, dla których zakazuję ci wszelkich styczności z domem braci Moro.


Gdy Cygan kończył te słowa, przysłano po niego i każdy z nas odszedł w swoją stronę.

Dzień trzydziesty trzeci