Jednakowoż Cornandez nie śmiał wspominać mi o swoich męczarniach, nie wiedział bowiem, jak daleko rzeczy zaszły z hrabią Penna Flor ani też czy wiedziałam co o jego ku mnie zapałach. Niebawem tysiączne okoliczności coraz bardziej zwiększały jego niespokojność. Pewnego razu znalazł drabinkę opartą o mur ogrodowy, drugi raz jakiś nieznajomy wkradł się cichaczem do domu. Tymczasem pod moimi oknami brzmiały ciągle serenady i muzyka tak znienawidzona przez zazdrośników. Nareszcie hrabia Penna Flor nieco się uspokoił. Pewnego dnia udałam się z moją nabożną sąsiadką do Prado, gdzie zabawiłyśmy dość późno i prawie same chodziłyśmy po głównej alei. Hrabia zbliżył się do nas, wyraźnie oświadczył mi swoją namiętność, dodał, że musi zdobyć moją wzajemność lub zginąć, nareszcie porwał mnie za rękę i sama nie wiem, czego ten szaleniec nie byłby się dopuścił, gdybyśmy nie zaczęły z całych sił krzyczeć.

Wróciłyśmy do domu w najżywszej niespokojności. Nabożna sąsiadka oznajmiła memu mężowi, że za żadne skarby nie chce ze mną wychodzić i że szkoda, iż nie mam brata, który by mógł obronić mnie przeciw natarczywości hrabiego, kiedy własny mąż tak mało troszczy się o moją spokojność; że wprawdzie religia zabraniała zemsty, że jednak cześć tkliwej i wiernej żony zasługuje na większą opiekę i że na koniec hrabia Penna Flor zapewne dlatego tak postępuje, ponieważ wie o niedołężności don Cornandeza.

Następnej nocy mój mąż, idąc ciasną uliczką, którą często przechodził wracając do domu, spostrzegł dwóch ludzi, z których jeden uderzał w mur szpadą niezmiernej długości, drugi zaś mówił mu:

— Wyśmienicie, señor don Ramiro, jeżeli tak będziesz sobie poczynał z zacnym hrabią Penna Flor, niedługo będzie on postrachem braci i mężów.

Nienawistne nazwisko Penna Flor, zwróciło uwagę Cornandeza, przyczaił się w kącie i słuchał dalej z uwagą.

— Kochany przyjacielu — odpowiedział człowiek z długą szpadą — nietrudno by mi było położyć koniec miłosnym wyprawom hrabiego Penna Flor. Nie pragnę wcale go zabić, ale tylko nauczyć, aby tu więcej nie powracał. Nie na próżno nazywają don Ramira Caramanzę pierwszym pojedynkarzem w Hiszpanii, lękam się tylko skutków mego pojedynku. Gdybym mógł dostać gdzie sto dublonów, pojechałbym przepędzić jakiś czas na wyspach.

Dwaj przyjaciele długo jeszcze rozmawiali o tym samym przedmiocie, nareszcie mieli już odejść, gdy mój mąż wyszedł z kryjówki, zbliżył się do nich i rzekł:

— Mości panowie, jestem jednym z tych małżonków, którym hrabia Penna Flor zakłóca szczęście domowe. Gdybyście byli mieli zamiar zgładzenia go z tego świata, nie byłbym mieszał się do waszej rozmowy, ale ponieważ chcecie mu dać tylko małą naukę, z przyjemnością ofiaruję wam sto dublonów, których potrzebujecie dla udania się na wyspy. Raczcie tu zaczekać, zaraz wam przyniosę pieniądze.

W istocie, wyrzekłszy te słowa, poszedł do domu i powrócił ze stoma dublonami, które wręczył straszliwemu don Ramirowi Caramanza.

We dwa dni potem wieczorem usłyszeliśmy gwałtowne stukanie do naszego domu. Otworzono i ujrzeliśmy urzędnika sądowego z dwoma alguacilami. Urzędnik w te słowa odezwał się do mego męża: