Ten ostatni przybrał zmyślone nazwisko z powodu tajemnicy, jaką chciano osłonić całą tę sprawę. Postanowiono, że Elwira przez sześć miesięcy zostanie w nowicjacie, po których, gdy pokaże się, że ominęła ją chęć do powołania zakonnego, będzie tylko mieszkała w klasztorze jako osoba wysokiego stanu z przyzwoitym orszakiem, to jest z kobietami wraz z nią zamkniętymi, nadto że będzie miała osobny dom zewnątrz klasztoru, zbytkownie urządzony, osadzony służbą zupełnie tak, jak gdyby go zamieszkiwała. Osobne pokoje przeznaczone były dla mojej matki, która wkrótce się do nich przeniosła, i dla kilku prawników zajmujących się szczegółami opieki. Ja tymczasem miałem udać się z nauczycielem do Rzymu, radca zaś niebawem miał wyjechać za nami. Ten ostatni jednak zamiar nie przyszedł do skutku, gdyż uznano mnie za zbyt młodego, abym śmiał prosić o dyspensę, i dwa lata upłynęły, zanim opuściłem Burgos.
Podczas tych dwóch lat każdego dnia widywałem za klauzurą Elwirę, resztę zaś czasu poświęcałem na pisanie do niej listów lub czytanie romansów, z których po większej części czerpałem myśli do moich oświadczeń miłosnych. Elwira czytywała te same książki i w tymże duchu mi odpowiadała. W ogóle do całej tej korrespondencji, niewiele zużyliśmy naszych własnych myśli, ale nasze uczucia były prawdziwe albo raczej prawdziwie mówiąc, czuliśmy silny, wzajemny ku sobie pociąg. Krata dzieląca nas podniecała naszą miłość, krew wrzala w nas całym ogniem młodości tak, że mogę powiedzieć, iż oboje byliśmy na pół obłąkani.
Nadszedł czas wyjazdu. Chwila pożegnania była okropna. Nie wyuczyliśmy się ani też nie udawaliśmy naszej boleści. Elwira zwłaszcza była w przerażającym stanie; lękano się o jej zdrowie. Ja z większą odwagą znosiłem moje cierpienia, które rozrywki podróży więcej jeszcze uśmierzały. Wiele także byłem winien mojemu mentorowi, który wcale nie zakrawał na pedanta wydobytego z pyłu szkolnego, ale przeciwnie, był dawnym wojskowym i jakiś czas nawet przepędził na dworze w Madrycie. Nazywał się don Diego Santez i był bliskim krewnym teatyna tegoż nazwiska. Człowiek ten, równie przenikliwy jak obeznany ze zwyczajami świata, starał się tysiącznymi sposobami sprowadzić mój umysł na drogę prawdy, ale usiłowania jego nie bardzo mu się udawały.
Przybyliśmy do Rzymu i natychmiast udaliśmy się do monsignora Ricardi, wysokiego urzędnika, mającego znaczny wpływ, szczególniej zaś dobrze widzianego u ojców jezuitów, którzy podówczas rej wodzili w Rzymie. Monsignor Ricardi, człowiek dumnej i wyniosłej postaci, z wielkim krzyżem diamentowym na piersiach, przyjął nas dość uprzejmie i oznajmił, że zna powód, dla którego przyjechaliśmy do Rzymu, że sprawa nasza wymagała tajemnicy i że nie powinniśmy zbyt wiele bywać w towarzystwie.
— Wszelako — dodał — słusznie uczynicie, często do mnie przychodząc. Zajęcie, jakie wam będę okazywał, zwróci powszechną na was uwagę, unikanie zaś rozrywek światowych pokaże skromność, której powszechny widok będzie mógł wiele wam pomóc. Ja tymczasem wybadam usposobienie umysłów Świętego Kolegium dla waszej sprawy.
Poszliśmy za radą Ricardego. Z rana zwiedzałem starożytności Rzymu, wieczory zaś przepędzałem w willi, którą nasz opiekun posiadał niedaleko pałacu letniego Barberinich. Margrabina Paduli przyjmowała gości. Była to młoda wdowa, która mieszkała u Ricardego, nie mając bliższych krewnych. Tak przynajmniej ludzie mówili, prawdy bowiem nikt nie wiedział, gdyż Ricardi był rodem z Genui, mniemany zaś margrabia Paduli umarł w zagranicznej służbie.
Młoda wdowa posiadała wszelkie przymioty, jakich potrzeba było do uprzyjemnienia domowego pożycia. Z ujmującą postacią łączyła grzeczność dla wszystkich, nieprzekraczającą jednak granic najściślejszej godności. Wszelako zdało mi się, że spoglądała na mnie bardziej przyjaznym okiem niż na drugich i okazywała mi pewną przychylność, która zdradzała się w szczegółach niepostrzegalnych dla reszty towarzystwa. Poznałem te tajemne uczucia, jakimi wszystkie romanse są przepełnione, i żałowałem pani Paduli, że zwracała swoje zapały do człowieka, który żadnym sposobem nie mógł jej odpłacać wzajemnością. Pomimo to chętnie wdawałem się w rozmowę z margrabiną i rozprawiałem z nią o ulubionym moim przedmiocie, to jest o miłości, o różnych sposobach kochania, o różnicy między uczuciem a namiętnością, między stałością a wiernością. Gdy zgłębiałem jednak ważne to zagadnienie z piękną Włoszką, nigdy myśl mi nie przyszła, żebym mógł jakimkolwiek sposobem stać się niewierny Elwirze. Listy moje do Burgos zawsze ten sam cechował zapał.
Pewnego dnia udałem się do willi bez mego mentora. Nie zastawszy Ricardego, zwróciłem kroki do ogrodu i zaszedłem do jaskini osłonionej gęstymi drzewami jaśminu i akacji. Zastałem tam margrabinę pogrążoną w głębokim dumaniu, z którego wyrwał ją szelest, jaki wchodząc sprawiłem. Żywe zadziwienie, które za moim wejściem wybiegło jej na lica, dało mi prawie do zrozumienia, że ja byłem jedynym przedmiotem jej marzeń. Ocknęła się jednak, posadziła mnie obok siebie i zaczęła zwykłym we Włoszech zapytaniem:
— Lei a girato questa mattina? Czy chodziłeś pan na przechadzkę tego poranku?
Odpowiedziałem, że byłem na corso, gdzie widziałem wiele pięknych kobiet, między którymi najpiękniejsza była margrabina Lepari.