Domyśliłem się, że chodziło o panią Paduli, nie śmiałem jednak opierać się życzeniom konającej. Powóz czekał na mnie na końcu ulicy, wsiadłem doń z zawoalowaną dziewczyną i przybyliśmy do willi.

Tylnymi ścieżkami dostaliśmy się do ogrodu, weszliśmy do jakiejś ciemnej alei, stamtąd przez długi korytarz i kilka równie ciemnych pokojów przybyliśmy do komnaty margrabiny. Pani Paduli podała mi śnieżną rękę, powiodła po mnie łzawymi oczyma i drżącym głosem przemówiła kilka słów, których z początku dosłyszeć nawet nie mogłem. Spojrzałem na nią. Jakże jej pięknie było z tą bladością. Wewnętrzne cierpienia konwulsyjne łamały jej rysy, na ustach jednak ulatywał anielski uśmiech. Ta sama kobieta, przed kilkoma dniami tak zdrowa i wesoła, dziś chyliła się już do grobu. Ja więc byłem owym niegodziwym, który podciął ten kwiat w samym rozkwicie, ja miałem wtrącić w przepaść tyle wdzięków — na tę myśl serce ścięło mi się lodem, niewypowiedziany żal mnie ogarnął, pomyślałem, że może kilkoma wyrazami mogę jej życie ocalić, padłem więc przed nią na kolana i przycisnąłem jej rękę do moich ust.

Margrabina pochyliła głowę nade mną; krucze pierścienie jej włosów rozsypały się po mojej twarzy, pędzony niepojętym uczuciem wyznałem, że ją kocham. Sam nie wiem kiedy, zapomniałem o Elwirze, a chociaż myśl o niej czasami wracała do mego serca, z drugiej jednak strony nie mogłem pozwolić umrzeć margrabinie. W istocie, nie widziałem w życiu tak czarującej kobiety.

— Boże miłości — zawołała Włoszka — ten, którego kochałam, powraca mi życie.

Uszczęśliwiony nadzieją powrotu do zdrowia, już sam nie wiem, co mówiłem, duma z wszechmocności moich uczuć ogarnęła całą moją istotę, jedne oświadczenia ścigały drugie, odpowiadałem niepytany i pytałem, nie czekając odpowiedzi. Margrabina widocznie odzyskiwała siły. Tak przepędziłem cztery godziny, gdy służąca przyszła nam dać znać, że czas się rozłączyć.

Odszedłem do powozu przeprowadzony przez moją przewodniczkę, która rzucała na mnie, równie jak jej pani, płomienne wejrzenia. Byłem przekonany, że dobra dziewczyna tym sposobem wyrażała mi swoją wdzięczność za przywrócenie zdrowia jej pani i uszczęśliwiony moim powodzeniem, uściskałem ją z całego serca. W istocie wdzięczność młodej dziewczyny musiała być bez granic, gdyż oddała mi równie serdeczny uścisk.

Zaledwie jednak wsiadłem do powozu, gdy myśl, że zdradzam Elwirę, zaczęła niewypowiedzianie mnie dręczyć.

— Elwiro — zawołałem — moja luba Elwiro, zdradziłem cię!... Nie jestem ciebie godny!... Przeklęta niech będzie chwila, w której dałem się namówić na przywrócenie zdrowia margrabinie!

Tak wypowiedziałem wszystko, co się zwykle mówi w podobnych wypadkach i wróciłem do domu z mocnym postanowieniem niepowracania więcej do margrabiny.