Nareszcie, jeżeli mam wam powiedzieć niepoetycznie, nie zbywało mi na kochankach, które odpłacały mi wzajemnością, ale czułość ich zwykle miała inne widoki na celu i jak możecie domyślić się, często opuszczała mnie dla młodszych. Takowe postępowanie bodło mnie czasami, ale nigdy nie martwiło. Jedne lekkie więzy zmieniałem na drugie, nie bardziej ciężkie i śmiało wyznam, że w stosunkach tych więcej doznałem rozkoszy niż zmartwienia.

Moja żona zaczynała czterdziesty rok życia; hołdy jeszcze ją otaczały, ale były one bardziej wynikiem szacunku; tłum cisnął się do rozmowy z nią, ale nie ona już była tej rozmowy przedmiotem. Świat jeszcze jej nie opuszczał, chociaż dla niej cały wdzięk już postradał.

Śród tego wicekról umarł. Moja żona zwykle przyjmowała w jego domu, teraz zapragnęła u siebie miewać gości. Lubiłem jeszcze wówczas towarzystwo kobiet, z przyjemnością zatem pomyślałem, że bylem zszedł o jedno piętro niżej, zawsze je znajdę. Margrabina stała się dla mnie jak gdyby nową znajomością, odkryłem w niej nowe przymioty i znowu promyk szczęścia oświecił moje życie.

Elwira zaszła w ciążę i obdarzyła mnie tym ukochanym dziecięciem, które towarzyszy mi w tej podróży. Późny jednak połóg wywarł zgubny wpływ na jej zdrowie. Rozniemogła się i wpadła w trawiącą gorączkę, która zaprowadziła ją do grobu. Nowy ten cios znowu pogrążył mnie w niewypowiedzianej boleści. Margrabina była pierwszą moją kochanką i ostatnią przyjaciółką. Związki krwi nas łączyły, winienem jej był mój majątek, moje znaczenie; tyle razem przyczyn do opłakiwania jej straty. Tracąc Taskalę, otoczony jeszcze byłem wszystkimi złudzeniami życia. Margrabina zostawiła mnie samego, bez pociechy i w stanie znękania, z którego nic nie mogło mnie wyrwać. Czas jednak zabliźnił nieco moje rany. Wyjechałem do moich majątków, zamieszkałem u jednego z moich wasalów, którego córka, zbyt młoda jeszcze, aby miała zważać na wiek, opromieniła jesień dni moich ostatnimi błyskami szczęścia.

Nareszcie wiek ściął lodem prąd moich zmysłów, ale czułość nie opuściła mego serca. Przywiązanie do mojej córki żywiej drga we mnie od wszystkich dawnych namiętności. Jedynym i ostatnim moim życzeniem jest widzieć ją szczęśliwą i umrzeć na jej rękach. Nie mogę żalić się, drogie dziecię z swojej strony odpłaca mi jak najszczerszą wzajemnością. Los jej jest już zapewniony, okoliczności jej sprzyjają, zdaje mi się, że zabezpieczyłem jej przyszłość, o ile można zabezpieczyć ją komu na ziemi. Spokojnie, choć nie bez żalu rozstanę się z tym światem, na którym, jak każdy człowiek, doznałem wiele smutku, ale i szczęścia.

Oto jest cała historia mego życia. Lękam się, aby was nie znudziła, tym bardziej, że widzę tego oto señora, który od pewnego już czasu wolał oddać się jakimś rachunkom.


W istocie, Velasquez dobył tabliczki i pilnie coś obliczał.

— Przebacz mi, señor — odpowiedział nasz matematyk — opowiadanie twoje żywo mnie zajęło i na chwilę nie odwróciłem od niego uwagi. Postępując za tobą po drodze twego życia i widząc, jak za każdym krokiem, który czyniłeś naprzód, jedna i taż sama działająca namiętność utrzymywała cię śród twego losu i wspierała jeszcze przy schyłku twego istnienia, zdawało mi się, że spoglądałem na linię krzywą, która biegnąc około swej osi wedle raz danego jej prawa, zatrzymywała się przez chwilę koło środka tej osi, nareszcie zniżała, stosunkowo do siły, z jaką podnosiła się w górę.

— W istocie — odparł margrabia — sądziłem, że można było z przygód moich wyciągnąć naukę moralną, ale nigdy nie myślałem, aby dałyby się one ułożyć w matematyczne równanie.