— Tym razem mylisz się, señor Alfonsie, ale taka jest natura ludzka, raz zasmakowawszy w cudowności, chętnie rada by najprostsze wypadki życia pod nią podciągnąć.

— Masz słuszność — przerwał Velasquez — do tych pojęć także można zastosować teorię postępów geometrycznych, których pierwszym wyrazem będzie ciemny zabobonnik, ostatnim zaś alchemista lub astrolog. Między dwoma tymi wyrazami znajdzie się jeszcze wiele miejsca na mnóstwo przesądów ciążących nad ludzkością.

— Nie mam nic przeciw temu dowodzeniu — rzekłem — ale to wszystko nie wyjaśnia mi jeszcze, kim była nieznajoma dziewczyna.

— Posłałem jednego z moich ludzi — odpowiedział Cygan — dla dowiedzenia się o niej szczegółów. Doniesiono mi, że była to biedna sierota, która po śmierci kochanka dostała pomieszania zmysłów i nie mając nigdzie przytułku, żyje z dobroczynności podróżnych lub miłosierdzia pasterzów. Zwykle samotnie błądzi po górach i śpi tam, gdzie ją noc zaskoczy. Zapewne więc tym razem zaszła pod szubienicę Los Hermanos i nie pojmując okropności miejsca, jak najspokojniej zasnęła. Margrabia, zdjęty litością, kazał ją pielęgnować, ale wariatka, przyszedłszy do sił, wymknęła się spod straży i przepadła gdzieś w górach. Dziwi mnie, że dotąd nigdzie jej nie spotkaliście. Biedaczka skończy na tym, że zsunie się gdzieś ze skały i marnie zginie, chociaż przyznam się, że nie ma co żałować tak nędznego życia. Czasami pasterze, rozpaliwszy w nocy ognisko, widzą ją nagle zjawiającą się u ognia. Wtedy Dolorita, tak się bowiem ta nieszczęsna nazywa, siada spokojnie, wpatruje się bystrym wzrokiem w jednego z nich, nagle zarzuca mu ręce na szyję i woła go nazwiskiem zmarłego kochanka. Z początku uciekali od niej, ale dziś przyzwyczaili się i bezpiecznie dozwalają jej błądzić, a nawet podzielają z nią strawę.

Gdy tak Cygan mówił, Velasquez tymczasem jął dowodzić o siłach sobie przeciwległych, pochłaniających jedna drugą, o namiętności, która po długiej walce z rozumem, zniszczyła go nareszcie i — uzbrojona berłem niedorzeczności — sama rozsiadła się w mózgu. Co do mnie, zdziwiłem się, słysząc te słowa Cygana, byłem bowiem pewny, że nie zaniedba korzystać z okoliczności i znowu uraczy nas sążnistą historią. Być może, że jedynym powodem skrócenia przygód Dolority, było zjawienie się Żyda Wiecznego Tułacza, który bystrym krokiem obiegał górę. Kabalista zaczął wymawiać jakieś straszliwe zaklęcia, ale Żyd długo na nie nie zważał, nareszcie, jak gdyby tylko przez grzeczność dla towarzystwa, zbliżył się do nas i rzekł do Uzedy:

— Skończone twoje panowanie, straciłeś władzę, której okazałeś się niegodnym. Straszliwa przyszłość cię oczekuje.

Kabalista roześmiał się na całe gardło, ale snać jego śmiech nie szedł z serca, gdyż prawie błagającym głosem w nieznanym języku zaczął przemawiać do Żyda.

— Dobrze — odparł Ahaswer — dziś jeszcze, dziś ostatni raz, już mnie nigdy nie ujrzysz.

— Mniejsza o to — rzekł Uzeda — zobaczymy, co się stanie później, tymczasem stary zuchwalcze, korzystaj z chwili naszej przechadzki i ciągnij dalej twoje opowiadanie. Już my potrafimy się przekonać, czy szejk Tarudantu ma więcej władzy ode mnie. Wreszcie znam powody, dla których nas unikasz i bądź pewny, że je wszystkim wyjawię.

Nieszczęśliwy włóczęga spojrzał zabójczym wzrokiem na kabalistę. Widząc jednak, że nie zdoła mu się oprzeć, wszedł wedle zwyczaju między mnie a Velasqueza i po chwili milczenia tak zaczął mówić: