Don Belial nie dał mi dokończyć.
— Jestem — rzekł — jednym z głównych członków potężnego stowarzyszenia, które wzięło sobie za cel uszczęśliwianie ludzi i wyleczenie ich z nierozsądnych przesądów, jakie wysysają z mlekiem swych matek, a które potem w poprzek stają wszystkim ich żądaniom. Wydaliśmy już wiele mądrych książek, gdzie jak najoczywiściej dowodzimy, że miłość samego siebie jest zasadą wszystkich czynów ludzkich i że łagodna litość, przywiązanie dzieci do rodziców, namiętna i tkliwa miłość, łaskawość królów są tylko hipokryzją samolubstwa. Jeżeli więc miłość samego siebie jest główną sprężyną naszych postępków, zaspokojeniem naszych żądz, powinna być zatem koniecznym jej celem. Wiedzieli to dobrze prawodawcy i dlatego tak napisali prawa, żeby można je podchodzić, omijać, z czego też ludzie nie zaniedbują korzystać.
— Jak to, don Belialu — przerwałem — czyliż nie uważasz sprawiedliwości i niesprawiedliwości za rzeczywiste wartości?
— Są to — odrzekł — wartości względne. Dokładnie to zrozumiesz z pomocą apologu225, słuchaj tylko z uwagą:
„Maleńkie owady czołgały się po wierzchołkach wysokiego zielska. Jeden z nich rzekł do drugich: »Patrzcie na tego tygrysa obok nas rozciągniętego. Jest to najłagodniejsze zwierzę, nigdy nas nie zaczepia; tymczasem baran jest to dziki zwierz, który gdyby tu przyszedł, natychmiast by nas pożarł wraz z zielskiem służącym nam za schronienie, ale tygrys jest sprawiedliwy i pomściłby naszą śmierć«”.
Z tego możesz wnieść, mój młody przyjacielu, że wszystkie pojęcia o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, złu i dobru są względne, nigdy zaś absolutne, czyli ogólne. Zgadzam się z tobą, że jest pewne niedołężne zadowolenie, przywiązane do tego, co nazywacie dobrymi uczynkami. Znajdziesz je niezawodnie, ocalając niewinnie oskarżonego Goraneza. Nie powinieneś na chwilę się wahać, jeżeli znudziła cię już jego rodzina. Zastanów się, masz na to dość czasu. Masz wręczyć pieniądze w sobotę, w pół godziny po zachodzie słońca. Przybądź tu w nocy z piątku na sobotę, trzy tysiące pistolów będzie czekać na ciebie, tymczasem żegnam cię, przyjm na drogę to pudełko z cukierkami.
Wróciłem do domu i przez drogę zjadłem kilka cukierków. Pani Santarez i jej córki jeszcze nie spały, czekały na mnie. Chciałem mówić o nieszczęśliwym więźniu, ale nie dano mi na to czasu. Po cóż mam wyjawiać tak bezwstydne zbrodnie? Dowiedz się, że puściwszy cugle wyuzdanym żądzom, straciliśmy miarę czasu i nie rachowaliśmy dni. O więźniu zupełnie zapomniano.
Sobotni dzień chylił się już ku końcowi. Słońce zachodzące za chmury zdawało mi się rzucać po niebie krwawe odbłyski, gwałtowne błyskawice przejmowały mnie trwogą, usiłowałem przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z don Belialem. Nagle usłyszałem ponury, grobowy głos po trzykroć powtarzający:
— Goranez! Goranez! Goranez!
— Sprawiedliwe nieba! — krzyknęła pani Santarez. — Jestże to duch nieba lub piekieł, który do mnie przemawia i oznajmia mi o śmierci mego biednego ojca?