Nazajutrz z rana oddał sąsiadom zwykłe pozdrowienie, wymówił to samo słowo, chciał nawet więcej powiedzieć, otworzył usta, ale nic nie rzekł i odszedł do swego pokoju, wszelako tak siadał, żeby mógł dokładnie widzieć, co się działo u panny Cimiento. Służąca odkurzała sprzęty, piękna zaś siostrzenica za pomocą powiększającego szkła, śledziła najlżejsze źdźbła pyłu i pilnie je zdejmowała. Mój ojciec, niesłychanie przywiązany do porządku, widząc to samo upodobanie w sąsiadce, powziął ku niej szczególniejszy szacunek.
Mówiłem wam, że mój ojciec zajmował się także zwijaniem cygar i rachowaniem przechodniów lub dachówek pałacu księcia Alby, wszelako odtąd nie poświęcał już, jak przedtem, całych godzin tej rozrywce, zaledwie kilka minut przy nim wysiedział, gdyż potężny urok ciągnął go bezustannie do balkonu wychodzącego na małą uliczkę.
Busqueros pierwszy spostrzegł tę zmianę i przy mnie nieraz zaręczał, że niezadługo don Felipe Avadoro wróci do swego nazwiska i pozbędzie się przydomku: del Tintero Largo. Jakkolwiek mało znałem się na interesach, wszelako domyśliłem się, że małżeństwo mego ojca w żadnym wypadku nie mogło być dla mnie korzystne, znowu więc pobiegłem do ciotki Dalanosy, zaklinając ją, aby koniecznie starała się złemu zapobiec. Ciotka moja szczerze się tą wieścią zmartwiła, powtórnie więc udała się do wuja Santeza; ale teatyn odpowiedział, że małżeństwo jest sakramentem boskim, na który nie miał prawa nastawać, że jednak będzie czuwał, aby mi w niczym krzywdy nie wyrządzono.
Kawaler Toledo dawno wyjechał już na Maltę, tak więc bezsilnie musiałem patrzeć na to wszystko, a czasami nawet i działać, gdyż Busqueros posyłał mnie z listami do swoich krewnych, sam bowiem nigdy u nich nie bywał. W ogóle pani Cimiento sama nigdy nie wychodziła i nikogo u siebie nie przyjmowała.
Mój ojciec ze swojej strony coraz rzadziej wychodził z domu. Nigdy dawniej nie byłby się wyrzekł swego teatru Santa-Cruz ani też zmienił wyznaczonego na każdy dzień postępowania, teraz jednak korzystał z najlżejszego kataru lub przeziębienia i kamieniem siedział w domu. Wtedy nie odchodził od okna wychodzącego na małą uliczkę i przypatrywał się, jak panna Cimiento ustawia flaszki lub laski laku. Widok dwóch śnieżnych ramion ciągle migających mu przed oczyma zapalił jego wyobraźnię tak, że nie mógł o czym innym myśleć.
Wkrótce nowy przedmiot podniecił jego ciekawość. Był to kociołek dość podobny do tego, w jakim przyprawiał swój atrament, ale daleko mniejszy i postawiony na żelaznym trójnogu. Lampa paląca się pod nim utrzymywała ciągle umiarkowane ciepło. Niebawem przybyły dwa takie same kociołki. Nazajutrz mój ojciec, wyszedłszy na balkon i powiedziawszy agur, otworzył usta, chcąc zapytać się, co znaczyły te kociołki, ale ponieważ nie miał zwyczaju mówić, nic przeto nie rzekł i odszedł do siebie. Dręczony ciekawością postanowił posłać pannie Cimiento jeszcze jedną butelkę swego atramentu. W podzięce otrzymał trzy flaszki napełnione różnobarwnym atramentem: czerwonym, zielonym i niebieskim.
Wieczorem mój ojciec poszedł do księgarza Moreno. Zastał tam jakiegoś urzędnika z ministerium skarbu, który trzymał pod pachą ogólne sprawozdanie z rachunków kasy. Niektóre kolumny nakreślone w nim były atramentem czerwonym, tytuły niebieskim, linie zaś zielonym. Urzędnik dowodził, że sam posiada tajemnicę przyrządzania podobnych atramentów i że nikt w mieście nie był w stanie poszczycić się podobnymi. Na te słowa jakiś nieznajomy obrócił się do mego ojca i rzekł:
— Señor Avadoro, ty, który tak wyśmienicie fabrykujesz czarny atrament, miałżebyś nie znać sposobów przyprawiania kolorowego?
Mój ojciec nie lubił, gdy go o coś pytano i z łatwością się mieszał. Otworzył jednak usta, aby odpowiedzieć, ale nic nie rzekł. Na szczęście sąsiadki tego samego dnia przysłały mu w podarunku trzy flaszki różnokolorowego atramentu, pobiegł więc czym prędzej do siebie i przyniósł je do Morena. Obecni nie mogli dość nadziwić się doskonałości atramentów, urzędnik zaś prosił o pozwolenie wzięcia kilku próbek do domu. Mój ojciec osypany pochwałami, skrycie oddawał całą sławę pannie Cimiento, której nazwiska dotąd jeszcze nie znał. Powróciwszy do siebie, otworzył swoją książkę z przepisami i znalazł dwa na niebieski, trzy na zielony i siedem na czerwony. Tyle naraz przepisów pomieszało mu się w głowie, nie umiał zebrać myśli, piękne tylko ramiona sąsiadki żywo malowały się przed jego wyobraźnią. Położył się spać, ale obraz czarującej nieznajomej nie dozwolił mu nawet zasnąć.
Nazajutrz z rana mój ojciec pozdrowił obie sąsiadki i stanowczo postanowił dowiedzieć się o ich nazwisko, otworzył więc usta, aby je zapytać, ale znowu nic nie rzekł i wrócił do swego pokoju. Następnie wyszedł na balkon od ulicy Toledo i spostrzegł człowieka dość przyzwoicie ubranego, trzymającego w ręku czarną butelkę. Zrozumiał, że to był ktoś żądający atramentu, zamieszał więc w kotle, aby mu dać jak najczarniejszego. Kurek od kotła znajdował się u spodu w jednej trzeciej wysokości, tak, że męty zawsze zostawały na spodzie. Nieznajomy wszedł i ojciec mój napełnił jego butelkę; ale człowiek ten zamiast odejść, postawił butelkę na stole, usiadł i prosił o pozwolenie wypalenia cygara. Mój ojciec chciał coś odpowiedzieć, ale nic nie rzekł, nieznajomy dobył z kieszeni cygara i zapalił u lampy stojącej na stole.