Uczyniłem, co chciał, zszedłem na ulicę i ujrzałem karła o dwadzieścia kroków przede mną, kulejącego na swojej drewnianej nodze i pokazującego mi drogę latarnią. Uszedłszy około stu kroków, zboczył na lewo i wprowadził mnie w opuszczoną część miasta, która się ciągnęła między ulicą Retardo a rzeką Manzanares. Przeszliśmy pod sklepieniem i dostaliśmy się na patio zasadzone drzewami. Patio jest to podwórze, na które nie zajeżdżają powozy. W głębi podwórza stał mały przysionek, jak gdyby od jakiejś kaplicy. Zza kolumny pokazała się kobieta w bieli, karzeł oświecił latarnią moją twarz.

— To on! — zawołało zjawisko. — On sam! Mój mąż! Mój najdroższy małżonek! Żyjesz więc, mój luby?

— Przebacz, pani — odrzekłem — ale byłem przekonany, że to pani umarłaś.

— Ja żyję — przerwała Leonora.

W istocie ona to była, poznałem ją po dźwięku głosu, a bardziej jeszcze po namiętnych jej uściskach, których gwałtowność nie dała nam czasu, by wzajemnie zapytać się, co przez tyle miesięcy oboje porabialiśmy.

Nareszcie chciałem koniecznie, aby żona moja wytłumaczyła mi niepojęte moje położenie; ale Leonora wyśliznęła się z moich objęć i znikła w ciemności. Nie wiedziałem, co z sobą począć; na szczęście karzeł ofiarował mi pomoc swojej latarni, udałem się za nim przez zwaliska i opuszczone ulice, gdy wtem nagle latarnia zagasła. Karzeł, którego przywoływałem, nie odpowiadał na moje okrzyki, noc była zupełnie ciemna, postanowiłem położyć się na ziemi i doczekać dnia. Zasnąłem i obudziłem się, gdy słońce już było wysoko. Leżałem pod urną z czarnego marmuru, na którym wyczytałem napis: „Tu leży Leonora Avadoro”. Nie było wątpliwości, że przepędziłem noc przy grobowcu mojej żony, przypomniałem sobie przeszłe wypadki i wyznam, że wspomnienie ich mocno mnie zmieszało. Od dawna nie zbliżałem się do trybunału pokuty. Poszedłem do teatynów i zażądałem widzieć dziada mego, fra Geronima. Powiedziano mi, że leży chory; naówczas prosiłem o innego spowiednika. Zapytałem go, czy złe duchy mogą przybierać na się kształty ludzkie.

— Jak najłatwiej — odpowiedział — św. Tomasz w swojej Summie wspomina o wiedmach, jest to wszelako szczególny wypadek, zdarza się jednak, zwłaszcza gdy grzesznik długo nie przystępuje do boskich sakramentów. Wtedy szatany nabierają nad nim nadzwyczajnego wpływu. Jeżeli myślisz, mój synu, że spotkałeś wiedmy, oddaj się surowej pokucie. Nie trać czasu, nikt nie jest pewny godziny śmierci.

Odpowiedziałem, że spotkało mnie dziwne zdarzenie, które może było tylko złudzeniem zmysłów, przy czym prosiłem go, aby mi pozwolił przerwać spowiedź.

Poszedłem do Toledo, który oświadczył, że zaprowadzi mnie do księżniczki Avila, gdzie będzie także księżna Sidonia. Znalazł mnie nieco pomieszanym i zapytał o przyczynę. W istocie, byłem zamyślony i nie mogłem zebrać dwóch myśli razem. Obiad u księżniczki nie rozproszył mego smutku, wesołość jednak tych pań była tak żywa i Toledo tak dobrze im odpowiadał, że nareszcie rozchmurzyłem czoło.

Podczas obiadu dostrzegłem znaki porozumienia i uśmiechy, które zdawały się mnie dotyczyć. Wstaliśmy od stołu i zamiast udać się do bawialnej komnaty, przeszliśmy do ostatnich pokojów. Naówczas Toledo zamknął drzwi na klucz i rzekł: