Młode kobiety, panny, zrazu kryły się przed nimi gdzie mogły, później jednak wychodziły do kościoła, w pole i nie było wypadku, żeby były zaczepiane.

Od nadużyć ze strony wojska chroniło najwięcej to, że z nakazu władz wojskowych zapasy wódki i spirytusu były wszędzie wylewane i niszczone i trunki alkoholowe były najsurowiej zakazane. Nie wolno było sołdatowi247 sprzedać wódki, a pijanemu żołnierzowi groziły również ciężkie kary.

*

W każdym razie dla ogółu ludności tutejszej panowanie rosyjskie było obce i ogół pragnął powrotu „swoich”, tj. Austriaków. Już po dwóch tygodniach chodziła cicha pogłoska między ludem, że Austriacy znowu idą naprzód, a Moskale się cofają, że lada dzień można się spodziewać powrotu wojsk austriackich. Nie dowierzano jednak temu i powątpiewano w to, gdyż każdy widział, że Moskale rozporządzali wielkimi siłami, byli dobrze uzbrojeni i odżywieni. Zawładnęli ogromnymi zapasami żywności, pozostawionymi przez wojska austriackie i Żydów. Konserwami z magazynów austriackich i jajami ze składów żydowskich rzucali żartobliwie na ludzi cywilnych, gdy wojskom austriackim zaczął już głód doskwierać.

Jednakże od 28 września mnożyły się wciąż oznaki cofania się Moskali, widać było ruch ich przeważnie w kierunku wstecznym. Ale ruch ten odbywał się w zupełnym porządku. Tego już dnia wracały wielkie masy wojska z orkiestrami i w wesołym usposobieniu. Żołnierze wykrzykiwali, że Austria już pobita, że „mir” będzie. Nagle 5 października koło południa na gościńcu ku Sandomierzowi zagęściło się mocno od różnych oddziałów rosyjskich i trenów i z każdą chwilą było na drodze coraz ciaśniej, widocznym było, że Moskale cofają się pospiesznie, że uciekają, jak który może. Jednocześnie słychać było, że między Machowem i Miechocinem toczy się bitwa, a wkrótce kule działowe zza Wisły zaczęły świstać ponad Dzikowem i padały na pastwisku dzikowskim, gdzie szerzyły popłoch wśród cofających się Moskali. Do wieczora nie było już we wsi Moskali, prócz kilkunastu, którzy rozmyślnie pozostali i ukryli się przy pomocy ludności, następnie zaś dobrowolnie oddali się w niewolę austriacką.

Zdawało się, że każdy odżył na nowo i odetchnął świeżym, wolnym powietrzem. Każdy układał się na spoczynek z myślą, że nazajutrz zobaczy „swoich”.

Istotnie 6 października wczesnym rankiem weszły do Dzikowa wojska austriackie. Powracały wśród uciążliwej pluty248 jesiennej, gdyż od drugiej połowy września do pierwszych dni października, przez trzy do czterech tygodni, gdy armia austriacka cofała się spod Lublina i znowu szła naprzód, panowały deszcze i zimna, na drogach było błoto i wyboje. Ludność witała Austriaków radośnie, raczyła, czym mogła, nazywała wybawicielami.

Ale nie było z nich takiej pociechy, jak tego wyczekiwano, i radość powszechną wnet smutek zwarzył, gdyż wojska te odnosiły się do ludności bardzo nieprzychylnie. Były to pułki przeważnie węgierskie, mianowicie przeszedł przez Dzików korpus preszburski i tylko jedna dywizja korpusu lwowskiego, przez inne zaś wsie, położone na wschód od Dzikowa, przeszedł korpus przemyski. Główne siły pociągnęły nad San i Wisłę, gdzie po drugiej stronie okopali się Moskale i gdzie między obu wojskami toczyły się kilkutygodniowe walki. Odgłosy tych walk dochodziły ciągle do Dzikowa, gdyż najbliższe okopy oddalone były stąd niecałe trzy mile, na gościńcu panował ustawiczny ruch wojsk i wszystkie wsie okoliczne zajęte były przez rezerwy.

Pewna część, około 15 tysięcy, zakwaterowała się w Dzikowie po gospodarzach, najchętniej u tych, którzy mieli stodoły z sianem i zbożem. Węgrzy bowiem najchętniej w stodołach umieszczali konie, aby nie potrzebowali nosić im paszy. Wiązali je wprost u sterty siana lub zboża, konie jadły, ile chciały, a pod nogi słali im snopki zboża. Gdy gospodarz prosił, aby mu zboża nie niszczyć, to żołnierz na złość brał snopki niemłócone, targał je i słał koniom pod nogi. Nie wolno było odezwać się przeciwko temu, bo można się było łatwo narazić na większe jeszcze przykrości i nieszczęście. Tak obchodziły się wojska węgierskie we wszystkich gospodarstwach, wszyscy też gospodarze jednozgodnie uskarżali się na nie.

Najlepiej tego doświadczyłem sam osobiście. Zaraz po wkroczeniu Austriaków zjawił się u mnie podoficer jako kwatermistrz i pyta ostro: „Siano jest?”. „Jest — odpowiadam — ale tyle, że ledwie dla dwóch krów wystarczy”. „Odmykać stodołę natychmiast, bo inaczej odbiję sam” — mówi jeszcze ostrzej. Pobiegłem zaraz po klucz, ale gdy powróciłem, już wszystkie kłódki były poukręcane i gdzieś w ogród odrzucone, tak że żadnej nie można było znaleźć. Do ukręcania kłódek miał ten kwatermistrz odpowiedni kawałek żelaza. Zapisał wszystko dla wojska i postawił żołnierza na warcie, żeby ze stodoły nikt już nic nie brał. Za parę godzin zjechała konnica, wprowadzili do stodoły dziesięć koni, tj. przy jednym zapolu249 uwiązali pięć i przy drugim tyleż. Za parę dni nie było w stodole ani źdźbła paszy, bo część konie zjadły, część zdeptały nogami, a resztę wyniesiono do trenów, stojących przy stodole. Nic nie pomogły prośby moje i płacz kobiet, że przez całą zimę nie będzie czym krów żywić.