Starsi parobcy na kmiecych gruntach dostawali zamiast zapłaty w pieniądzach, o które wówczas było trudno, parę zagonów obsianych zbożem, które parobek sobie zbierał, omłócił i osobno zsypywał. Ten rodzaj wynagrodzenia nazywał się „obsiewkiem” albo „osiewkiem”. Czasem otrzymywał parobek taki „osiewek” w snopkach. Odpowiadało to dzisiejszej ordynarii96 we dworach. Jeżeli parobek był porządny, to zboże przechowywał do czasu, aż było droższe, i wtedy je sprzedawał, ale gdy lubił wódkę, to zaraz je przepił u Żyda. Toteż była o tym śpiewka:
Wójtów parobeczek
Przepił osieweczek,
Podwójciego dziewka
Ruciany wianeczek.
Pastuch dostawał w zasłudze jedynie wikt i okrycie, składające się z dwóch do trzech koszul i portek, kamizieli, z czapki i butów na zimę. Czapka była zazwyczaj z kogoś starszego i często przepuszczała dziurami włosy, czyli, jak się mówiło, wróble się w niej gnieździły. Zasługa wyrostka była zwyczajnie o tyle tylko większa niż pastucha, że dostawał na zimę stary kożuch wartości 3–5 złr. Kożuchy takie skupywali Żydzi po domach na wiosnę, następnie łatali je i jesienią znowu sprzedawali, wystawiając na rynku.
Prócz tego parobek i dziewka dostawali na kolędę po 1 złr, wyrostek i pastuch po 50 centów, a miało to wtedy dużą wartość i służba wyglądała tej kolędy przez cały rok.
Również płaca najemników była bardzo niska. Wtedy, jak zacząłem gospodarować, płaciło się najemnikowi zaledwie 15–25 grajcarów dziennie i dawało się wikt, a po dworach była ta płaca nawet bez wiktu. Ale gospodarze nie zawsze najmowali do roboty, bo był zwyczaj, który się i później zachował, że w czasie większych robót w żniwa pomagali sobie, czyli „odrabiali sobie” nawzajem. Również gdy się kto budował, to sąsiedzi, krewni i znajomi w gminie pomagali mu po przyjacielsku zwieźć materiał budowlany, wyjeżdżali razem do lasu i prawie naraz wszystko zwieźli, a mieli za to tylko poczęstne, wódkę i przekąskę.
*
Zarobek zamiejscowy dawało głównie flisactwo. Jak daleko pamięcią w dawniejsze czasy sięgnę, flisactwo było w rozwoju i nie było prawie jednego dnia, żeby flisy, czyli oryle nie płynęli Wisłą koło Dzikowa, a nawet często zatrzymywali się tutaj, ażeby sobie nakupić żywności w Tarnobrzegu. Najwięcej płynęły Wisłą tratwy, zbite z wyborowego drzewa sosnowego, na którym wieźli dębinę także najlepszego gatunku, a czasem zboże, jak pszenicę, żyto i jęczmień.