*

Obrót pieniężny na wsi był długo jeszcze za mojej pamięci bardzo mały, srebro i złoto trafiało się rzadko, a o ile kto dostał do rąk srebrnego cwancygiera, a zwłaszcza złotego dukata, to chował go w domu i na największą potrzebę nie wydawał. Pieniądze takie chowali w skrzyniach, pod beczkami, za krokwią, albo poza domem, zakopane w garnkach lub w innych tajemnych schowkach, gdzie się nieraz spaliły, gdy pożar wybuchł nagle.

Najwięcej było pieniędzy papierowych, a około roku 1860 były jeszcze w obiegu kwity dworskie, opiewające na różne kwoty, od kilku do kilkudziesięciu grajcarów, podobne do dzisiejszych biletów kolejowych, różnego koloru, stosownie do wartości, jaka była na nich wyszczególniona. Znaczyły one tyle, co państwowe pieniądze, każdy je brał chętnie w takiej wartości, na jaką były wystawione, i to nie tylko w obrębie obszaru dworskiego, który je wydał, ale w całej okolicy, gdzie dwór był znany.

W Dzikowie było najwięcej kwitów miejscowego dworu, były jednak i z sąsiednich: z Mokrzyszowa, Machowa, Chmielowa i innych. Podniszczone kwitki, których drudzy obawiali się już przyjmować, niesiono najczęściej do propinacji131 i płacono nimi za wódkę, propinator bowiem, mając z kancelarią dworską częstszą styczność, mógł je tam najłatwiej wymienić na nowe.

*

Co do kredytu za pańszczyzny — jak słyszałem od dziadków i innych — bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum132 u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do Żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden Żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie Żydzi na podpisy u rejenta133, czyli skrypta rejentalne, i na weksle134. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali Żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność135, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko Żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś, gdy zmiarkowali136, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy Żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przy tym zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.

*