Żona, Maria, była najstarszą z ośmiorga żyjącego rodzeństwa; sprowadzając się do mnie wniosła jako wiano od ojców dwie krowy, klacz, dwoje prosiąt i pół wozu. Taki posag był wówczas we zwyczaju i byłem z niego zadowolony, rachując przede wszystkim na to, czego się sami dorobimy.

*

Po rodzicach spadało na mnie według ówczesnego prawa jako na najstarszego całe gospodarstwo, składające się — jak już powiedziałem — z sześciu morgów razem z łąką, ogrodem i placem, oraz z domu i budynków gospodarskich. Przedstawiało się ono na ogół lepiej niż inne gospodarstwa, bo grunt był dobry i dobrze, jak na tamte czasy, uprawiony, pobudynki też nie najgorsze, i nie ciężył na nim żaden dług. Grunt jednak był rozrzucony, jak jest dotąd we wszystkich gospodarstwach.

Miałem za to obowiązek dochować młodsze rodzeństwo i dać im spłaty. Całe gospodarstwo było wtedy z urzędu oszacowane do 300 złr27, więc dwom siostrom i bratu miałem spłacić według dekretu, po strąceniu należności spadkowych, po 60 złr.

W pierwszych dwu latach małżeńskich pomagała nam babka, trzymając jeszcze całą gospodarkę w swoich rękach. Jej oddawaliśmy każdy grosz i ona nam załatwiała wszystkie wydatki domowe. Gdy zaś umarła, mając lat około siedemdziesięciu, wszystko już spadło na nas młodych.

Początek w gospodarstwie był ciężki, bo po śmierci mojej babki siostra mojej matki wystąpiła z procesem o spłatę z połowy majątku, który po matce odziedziczyłem. Była ona — jak wspomniałem — dobrze wywianowaną, ale według prawa sądowego wiano to nie liczyło się do podziału spadkowego, bo nie było wyszczególnione w testamencie. Żeby się w proces nie wikłać, zgodziłem się dobrowolnie spłacić jej 150 złr, co bardzo chętnie przyjęła i od procesu odstąpiła. Ale musiałem zaraz na tę spłatę pożyczyć 100 złr.

Nadto siostry dorastały, i należało zająć się ich dalszym losem. A ponieważ pragnąłem zabezpieczyć im przyszłość rzetelnie, więc dałem im więcej, niż w dekrecie miały przyznane, mianowicie po mordze gruntu i inną pomoc.

Wprawdzie na razie, gdy pierwsza siostra wychodziła za mąż, według ustawy nie wolno było gospodarstwa dzielić, w praktyce jednak dzielili się gruntem tak dobrze, jak teraz, słownie lub pisemnie28. Pisemny zapis sporządzał zwyczajnie pisarz gminny, o ile już był w gminie, przy dwóch świadkach, z których jednym zawsze prawie bywał wójt, i kładł na papierze pieczęć gminną, i taki zapis uważali za zupełnie ważny. Ponieważ nie było hipoteki29, więc nie oznaczali parceli gruntowej, tylko wymieniali nazwę niwy, gdzie grunt był położony i opisywali, z czyimi gruntami graniczył. Skoro zaś hipoteka nastała, każdy zostawał przy tym, co miał w posiadaniu, a wykazywał to zapisem i stwierdzali wybrani przez gminę mężowie zaufania.

Co do mnie, tak starszej, jak i młodszej siostrze dałem na razie grunt słownie, a formalnie zapisałem, jak hipoteka nastała. Sprawiwszy im wesela i wywianowawszy je, zostałem przy czterech morgach gruntu, obciążonych paroma stówkami długu. Później także brata ożeniłem na większe gospodarstwo i dałem mu stosowną spłatę i pomoc.

Dochodów wtedy nie miałem innych, tylko z gruntu, z chowu bydła i trzody, i często zarabiałem furmanką, wyjeżdżając z urzędnikami na komisje albo w zimie do lasu po drzewo, a w lecie na robotę w polu u takich, którzy swoich koni nie mieli. Dziennie w ten sposób dało się wówczas zarobić reński30, a w najlepszym razie półtora. Dochody te były niewielkie, ale w domu żyło się skąpo; jedliśmy to, co się zebrało z gruntu, i odzież była z domowego płótna. Więc do miasta nie wydawało się w roku więcej, niż 30 reńskich, w czym najwięcej wynosił wydatek na buty.