Był jeden bąk w torebce za dwa centy; kupił ją Gray. Tak, kupił tylko jedną torebkę i nawet nie za własne, a za pożyczone od chłopca na podwórku dwa centy. Bo wszyscy w klasie wiedzieli, że Sanders jest bardzo biedny, bo u nich tyle dzieci i nie mają co jeść. Ale nikt nie wiedział, że Gray jest jeszcze biedniejszy. Ojciec Graya wyjechał daleko i co miesiąc przysyłał bardzo mało pieniędzy. A czasem nawet nic nie przysyłał. A Gray miał tylko małego braciszka i bardzo go kochał. Więc pożyczył od chłopca z podwórka dwa centy i powiedział, że mu odda wszystko, co jest w torebce, tylko żeby jakąś jedną rzecz sam wybrał i żeby, co chce, dał dla braciszka. W torebce było pięć lichtarzyków, ale nie dał. Była piłka, ale nie dał. Były różne ozdoby, rewolwer, łańcuszek i jeszcze, ale nic nie dał Grayowi, wszystko sobie zabrał, dał tylko bąka.
— Masz: to będzie dla twego brata.
— Daj jeszcze coś — powiedział Gray.
— Ooo, będę ci dawał. Żeby nie moje dwa centy, tobyś i bąka nie miał.
Gray tak długo chodził po ulicy, aż znalazł kijek i sznurek — i zrobił bacik do poganiania bąka.
Bawili się razem przez cały wieczór wigilijny. A potem Gray opowiedział matce, skąd ma bąka.
— To Dżek...
A mały był bardzo śpiący i zmówił wieczorną modlitwę. A modlitwę tak skończył:
— ...i daj zdrowie ojczulkowi, który wyjechał daleko.
A potem już od siebie dodał: