I pani Hamilton już na cały głos zaczęła płakać i wykrzykiwała:
— Dla takich dzieci jak Fulton powinny być inne szkoły! Jakieś poprawcze szkoły, żeby się z porządnymi wcale nie stykały. Bo zaraza idzie na całą klasę. Takich uczniów powinno się wypędzać ze szkoły!
Już kierownik chce się o coś Dżeka zapytać, ale pani Hamilton nie daje:
— Co pan go się będzie pytał! On powie, że nie winien. Ja ich wykręty znam. Ja swojemu chłopcu za nic nie pozwolę wyjść na podwórko. Pan nie wie, jakie to wszystko zepsute. Oj, ci koledzy, ci koledzy...
— Proszę pani, znam i ja dzieci — mówi kierownik.
— Ja je lepiej znam, bo jestem matką.
— A ja jestem wychowawcą.
— To co? Pan siedzi sobie w kancelarii — i już. A jak mój chłopiec miał zapalenie płuc, pięć nocy nie rozbierałam się, nie spałam, nie jadłam, nie piłam... A teraz taka nagroda. Och, jakie to dla matki bolesne. A wszystko przez koleżków.
Więc kierownik znów do Dżeka:
— Czy sprzedawałeś marki?