— Trudno — powiada — stało się. Rachunki dowodzą, że prowadziłeś kooperatywę solidnie. Zbankrutowałeś nie przez lekkomyślność, a z winy nieszczęśliwego wypadku. Trudno. Jeżeli nawet stracę, będzie to — wiedz, chłopcze — nie pierwsza moja strata. Każdy kupiec musi być na to przygotowany, że czasem traci. Jeżeli ktoś bankrutuje nie z własnej winy, obowiązkiem każdego dopomóc155. Ponieważ widzę, że boli cię najbardziej dług matki Nelly, pożyczę pięćdziesiąt centów, żebyś mógł jej oddać.

— Proszę pana — mówi Dżek ze łzami w oczach. — Ona jest wdową: powierzyła mi wdowi grosz.

— Wiem, wiem. Masz słuszność. Ją przede wszystkim powinieneś spłacić. Dalej musisz zebrać posiedzenie, które cię upoważni do sprzedaży części majątku kooperatywy, żeby spłacić mister Tafta, mister Sibleya, panią Pennell i Parkins.

I taki poczciwy: dał mu jeszcze pięćdziesiąt centów i kazał przyjść za tydzień.

— Kiedy kończy się szkoła?

— Za dziesięć dni.

— Więc przyjdź za tydzień. I nie targaj sobie nerwów, bo zobaczysz, że skończy się dobrze.

Mister Fay potwierdził, że przedmioty skradzione mogą się po miesiącu i później znaleźć. I radził co pewien czas dowiadywać się w komisariacie.

— Nie szkodzi policji przypomnieć.

Wyszedł Dżek niby uspokojony.