— Słuchaj, tyś wtedy mówił o jakiejś książce ze sztukami.

— Aaa, Bosko czarnoksiężnik.

— Możesz mi ją pożyczyć na jeden dzień? Ja ci nie zniszczę.

— Nie ma już tej książki: ojciec ją w piec rzucił i spalił. Tam był taki doskonały przepis na fajerwerki. Wszystko można samemu robić: perfumy, atramenty różnych kolorów — jak łykać ogień, jak przewrócić szklankę do góry dnem, żeby się woda nie wylała, jak zagotować wodę w papierze, jak nożyczkami krajać szkło.

— I udawało ci się?

— Nie bardzo, bo się dopiero uczyłem. I mama mi przeszkadzała. Wiesz przecie, jak dorośli lubią wszystko przesadzać. Troszkę się coś zapali, to zaraz mówią: pożar.

— A zapaliło się?

— No, zapaliło się: ważna rzecz. Przecież sam ugasiłem.

— I poparzyłeś się?

— Jak się poparzyłem, to mnie bolało, a nie ojca.