— Głupiś60 — powiedział gazeciarz.

Trudno: nie udało się. Okazuje się, że nie wszyscy i nie na wszystkim odstępują rabat. Teraz już Dżek wie. Wszystkiego trzeba się uczyć, po trochu.

Udało się. Nowe książki wzbudziły duże zainteresowanie. Fil złapał swoją ukochaną książkę i tańczył z nią naprzód na podłodze, potem na ławkach, wreszcie na stoliku pani. Potem rzucił się na Dżeka, zaczął go pchać, ściskać, wreszcie wskoczył na plecy, że omal nie przewrócił. Potem odśpiewał jakąś dziką pieśń bez słów, aż przed drzwiami zebrała się kupa uczniów z dwóch młodszych oddziałów. Wreszcie zaproponował, żeby Dżeka na wiwat podnieść na rękach do góry. Hałas był, że nie daj Boże.

Dżek był zrazu nawet zły, ale rychło się przekonał, że Fil wyświadczył mu dużą przysługę. W mowie finansowej nazywa się to, że Fil zrobił mu reklamę.

— To jest prawdziwy bibliotekarz wolnej amerykańskiej republiki! Patrzcie, szanowna publiczności! Oto król bibliotekarzy! Długość metr i trzydzieści centymetrów, waga dwadzieścia dziewięć kilo, uczeń trzeciego oddziału, Dżek Fulton, zwycięzca turnieju bibliotekarskiego, międzynarodowy posiadacz najciekawszych książek północnej geograficznej szerokości, wszechświatowy mistrz czarnej i białej magii, pogromca Pytlasińskiego61, Eddie Polo, apaszów62 i detektywów! Wejście tylko pięć centymów, wojskowi i dzieci połowę. Wprowadzanie psów surowo wzbronione.

Fil gadałby tak bez końca, gdyby się nie rozległ dzwonek. Za to na lekcji był cichuteńki, aż go pani pochwaliła.

— Widzisz, Fil, jak chcesz, możesz być spokojny. Ani razu nie zwróciłam ci dziś uwagi.

— A pani może myśli, że nie uważam?

— Ależ nie. Mówię przecież, że się dobrze dziś spisałeś.

Po wyjściu pani Fil cztery razy ucałował książkę i narysował na tablicy małego człowieczka z olbrzymim nosem. A na nosie umieścił takie ogłoszenie: