— A co ja robię?

— No, pomyśl tylko, czy można o pani mówić: „choroba ich wie”.

— Głupi. Przecież nie na panią tak powiedziałem, tylko w ogóle.

— I mówisz, że pani się ożeni z kierownikiem?

— No i co w tym złego? Wezmą się pod rączkę i będą sobie chodzili.

I złapał Dżeka pod rękę.

— Znów zaczynasz na ulicy.

— A ulica to kościół czy co? W domu nie można, w szkole nie można, więc gdzież, u licha, można? Dawniej ludzie żyli po dwieście lat, a teraz niecałe sto. Więc trzeba się trochę ruszać po świecie. Bo ty może myślisz, że jestem łobuz.

— Może nie?

— A właśnie, że nie. Jestem tylko lekkomyślny, bo mój stryj był lekkomyślny, a ja się w niego wrodziłem. Rozumiesz? To nie moja wina wcale. Bo jak się kto w kogo wrodzi, to już zdechł pies: nie ma rady.