Natura nie zna spoczynku, pchnięta do pracy potęgą niewidzialnej dłoni. Cudownie wyrzeźbiła małego człowieka mocą twórczego natchnienia. Natchnienie natury ma rozmach tytana i sumienność świętą. Ciśnie gromady gór w potwornym nieładzie, kroplami rosy obciosa każdy załamek, jeszcze mchem przystroi, którego źdźbło żyje i cieszy się, i wierzy.
Dzieło sztuki, mozolny twór pracy ludzkiej, łudząc wzrok, kłamie naturę. Uderz młotem w rzeźbę, będziesz miał tylko gruzy, skorupy, garnek rozbity. Pokraj mikrotomem13 okruch pazurka lśniącego na końcu różowego paluszka bobowego, zobaczysz pod drobnowidzem14 szereg nowych pięknych obrazów.
Gdyby w maleńkich nitkach bobowych żył nie płynęła krew, tocząc się przez rzeczki i rzeki do morza — serca, gdyby przez rzeki bobowych nerwów nie płynęły wrażenia do morza — mózgu, gdyby nie miało cudownej mocy wzrostu, byłoby jeszcze milionkroć bardziej skończone niż wszystkie dzieła martwej sztuki, rozwieszone w mrocznych salach cennego muzeum.
A ludzie zjeżdżają się z lądów świata, by je oglądać — popękane, spłowiałe, mozolnie wypocone w długich godzinach poprawek i przeróbek, skatalogowane, zachwalane i opatrzone ceną rynkową.
Ty bobo, nie masz ceny.
*
Bobo jest dzikim człowiekiem, który już to i owo przeczuwa z otaczającego je świata, tłumacząc naiwnie związek wzajemny tajemniczych zjawisk.
Gdy bobo dawniej jeszcze leżało cicho z oczami utkwionymi w przestrzeń, nie rozglądając się, nie płacząc, nie żądając, regestrowało15 wówczas nagromadzony w duszy materiał obrazów, wyodrębniając spośród cichego szeptu słów prapradziadowej mowy dźwięczne wyrazy własnego, osobistego życia.
I oto, stokrotnie gubiąc i znów chwytając wątek rozpraszających się i skupiających, połowicznych, całkowitych, wyraźnych bądź szarych obrazów, skleciło sobie chateńkę biedną, skromny szałasik pierwotnego światopoglądu. Bobo nie ustanie w pracy, dalej gromadzić będzie kosztowne granity, olbrzymie belki i żelazne przęsła pod budowę wielkich pałaców myśli, a chateńka dzikiego człowieka tylko na dziś, na jutro, bo myśl musi gdzieś spocząć, mieć domek mały, gdzie składać będzie mozolnie ciułane zapasy. Dopiero znacznie później, gdy mu się już szczęścić pocznie, bobo-bogacz będzie od razu łamało wielkie bryły marmuru; dziś zbiera pracowicie kamyczek do kamyczka, ziarenko piasku do ziarnka.
Bobo wierzy w istnienie złych i dobrych duchów, w niosące łaski lub zwiastujące klęski. Sądziło bobo, że wszystkie są jednako potężne, że wszystkie są widzialne, że nie ma nad nimi mocy. Teraz wie, że duch — ból jest niewidzialny i dobry duch — matka zwalczyć go nie umie — wie, że istnieje zaklęcie, które przywołuje dobre duchy.