— Na obiad. Ludwika, zawołaj dzieci.
Zosia wpada do pokoju. Spóźniła się: była w kuchni, a chciała wiedzieć, co Stasio powie, zobaczywszy bibułę, sześć pieczątek, naklejkę i stalkę dodane do jednego zwyczajnego kajetu.
— No co? — pyta zaciekawiona.
— Stasio, Józio, Zosia na obiad. Ile razy trzeba was wołać?
Mama jest w złym humorze. Ta idiotka Ludwika znów oddała klucz od góry, a przecież wiedziała doskonale, że w środę ma być pranie. Mamę to nic nie obchodzi: niech sobie na nosie wiesza bieliznę, kiedy taka mądra. Mama już z nią dłużej nie może wytrzymać. Do latania ma rozum, a do roboty — zupełne cielę — i w dodatku leniwe. Od pierwszego może sobie szukać miejsca. I tatuś znów się spóźnił, a później będzie się krzywił. Niech się krzywi: mamę to nic a nic nie obchodzi.
Zosia nasłuchała się tego wszystkiego w kuchni. Zły humor mamy i jej się udzielił.
— Stasiu, nie kop się.
Stasio trącił ją nogą niechcący. Ale kiedy tak, to już naumyślnie ją kopnie.
— Mamo, Stasio się kopie.
— Wstydziłbyś się: taki stary chłop, a nie umie przy stole siedzieć.