I za tych kilka obojętnych słów Stasio jest mu tak wdzięczny, jak za najwyższe dobrodziejstwo; nie ma już do niego żalu za poniedziałkową dwójkę. Pozwolił mu zostać w klasie, nie skrzyczał, nie wypędził.
*
Niemiec, stawiając Stasiowi stopień, pokiwał smutnie głową, cmoknął ustami, spojrzał na jego zapłakane oczy i postawił mu czwórkę z plusem — Stasio tylko na trójkę zasłużył — i to może z minusem.
— Cztery dostałeś.
— Dobrze.
Stasia nic już nie pocieszy — i tak wszystko stracone.
Szkoła się wyludniła. Tak głucho, pusto, strasznie. Tyle ławek, na ścianach mapy i Stasio sam. A tam za oknem, na ulicy, wszystko po dawnemu, jak gdyby się nic nie stało. Ludzie sobie chodzą jak gdyby nigdy nic. Tramwaj jedzie, chłopiec kuriery sprzedaje, niańka idzie z dwojgiem dzieci. Pan z podniesionym kołnierzem, dwaj studenci, pani z dzieckiem. Jacy oni wszyscy szczęśliwi. Tylko on jeden — jedniusieńki na całym świecie.
Inspektor teraz pewnie poszedł na obiad — i ani pomyśli o nim. Co go może Stasio obchodzić; kogo może Stasio obchodzić?
Jedno słowo: „przebaczam” albo: „pamiętaj, żeby to ostatni raz było” — i dlaczego nie powiedział?
Po co zaczynał z Malinowskim? — Prawda, że Malinowski przysiągł się na Boga, że mu nie daruje, ale przecież przysięga w złości się nie liczy — to chyba mały grzech. Ludwika jest bardzo nabożna, a ile razy przysięga się, że mamie powie, a potem nie mówi.