— Hrabia? — dziwi się Antek.
Pociąg rusza.
Antek siedzi w pustym prawie przedziale trzeciej klasy. Jakiś chłop leży na ławce i chrapie, dwóch Żydów półgłosem szwargocze, jakaś kobieta śpi z dzieckiem na ręku.
Antek wyszedł na platformę.
I nagle dwie łzy zabłysły mu w oczach, rosły, napływały, aż stoczyły się po policzkach. „Nabrał” i hrabiego, i Grzegorza: skrył, że ciągnie go coś do nich, że pragnąłby ucałować rękę przygodnego opiekuna, że pragnąłby, gdy tak siedział na kolanach, rzucić się na szyję i zapłakać. Skrył, że pragnął całą duszą zostać tam u nich. Skrył to wszystko, ale teraz już może sobie płakać do woli: nikt go nie podpatruje.
Antek drzemał trochę, myślał trochę, znów drzemał, aż zasnął na dobre.
Dwa razy budzono go, pokazywał bilet.
Raz wyszedł i kupił sobie buteleczkę wódki. Omal się nie spóźnił.
Pociągnął dwa łyki i wesoło mu się zrobiło.
Jest wolny, zupełnie wolny.