Minęły upalne miesiące letnie, kawał jesieni; już zima zaglądała w oczy, a w życiu Antka nic się nie zmieniło i byłby szedł utartą drogą, szlakiem, wytkniętym mu przez zmarłego Bronka, gdyby nie drobny wypadek.
Antek raz spóźnił się o całe dwie godziny. Właściciel był na niego wściekły, więc zbił... sierotę. A jak odbywa się karanie chłopca? Sposobem bardzo prostym: bije się w twarz, targa za uszy i za włosy. Chłopiec zanosi się od płaczu.
— A nie płacz, a nie płacz, hyclu, a nie maż mi się, a nie drzyj.
I przy każdym zdaniu następuje świeża porcja uderzeń.
W Antku krew zastygała. Przypomniał sobie, że podobne bicie zrobiło z Jóźka Bzika zbrodniarza, pomyślał, że gdyby on, Antek, był mniej cwany, na niego spadałyby podobne razy, postanowił ująć się za słabym.
— Za co pan go bije? — zapytał, patrząc śmiało w purpurową twarz chlebodawcy.
— A tobie, złodziejski synu, co do tego? Bądź kontent, że ciebie nie ruszam.
— Niech pan ruszy.
Purpurowa twarz chlebodawcy stała się fioletową. Pochwycił kij z założoną nań gazetą, ale Antek odskoczył na bok.
— Precz! Wynoś się. Rozumiesz. Nie tylko sam się gałganisz, ale mi buntować będziesz... Żeby mi noga twoja tu nie postała.