„Skąd garbata ma tak piękną córkę, tę Zośkę tak prostą jak trzcina, z wielkimi czarnymi oczami i długim płaszczem kruczych włosów?”. Na pytanie to mogłaby odpowiedzieć tylko „garbata”. Dziecię to pozostało jej jako jedyna pamiątka dawnej młodości, jedyne wspomnienie niewielu radosnych chwil jej życia, jedyny dowód czyjejś winy, jedyny widomy znak jakiegoś rozczarowania, echo wyrządzonej jej krzywdy. Kochała córkę swoją bez granic.

Oto dlaczego Antek spóźniał się do obowiązku i brał po kryjomu kilka czekoladek, biszkoptów lub ciastko.

Przez palce patrzył właściciel cukierni na owe dwie wady Antka, bo Antek był sprytny. Ale nie dla wszystkich chłopców cukiernik i podwładni jego byli jednakowo uprzejmi.

Był wśród malców i niedołęga, cichy, uczciwy, posłuszny sierota z prowincji. Opiekun oddał go zakładowi „na własność”. Chłopiec spał tam, jadł i... odbierał bicie od wszystkich.

Każdy sklep, zakład to świat zamknięty w sobie, to małe państwo z odrębnym życiem, ze swą walką o byt, podstępem, intrygami, przemocą silnych i gnębieniem słabych.

Antka nikt nie śmiał ruszyć. Raz chłopcy z piekarni, niby w żartach, a właściwie dla wypróbowania jego sił i usposobienia, pociągnęli go za ucho; spojrzał na nich, oko w oko, zmarszczył brwi i syknął dwa wyrazy magiczne:

— Nie radzę.

I dano mu spokój.

Raz właściciel próbował mu wytłumaczyć w dosadnych wyrazach, że przychodzenie do obowiązku o godzinie dziewiątej sprzeciwia się przyjętym tam zwyczajom, że do niego, Antka, należy sprzątanie sali bilardowej, ale Antek wyjaśnił swoje stanowisko w kilku słowach, wspomniał o pewnym zacisznym pokoiku z zielonym stolikiem do kart, o „kroplach na ból zębów” i... „zamknął gębę” panu pryncypałowi na długo.

Antek był osobą, z którą należało się liczyć, sierota z prowincji był czymś, czym można poniewierać, bo się nie umie bronić. Antek był pewien siebie, że miejsce dostanie, sierota drżał, że go wypędzą na bruk nieznanego mu miasta.