Antek patrzał na towarzysza, oczy mu się zamgliły i dwie łzy spłynęły mu po twarzy.

— Ja z tobą będę, Bziku, wszędzie z tobą — zawołał i chciał go objąć za szyję.

— Antek, tyś pijany — szepnął zdziwiony chłopiec.

— Tak, tak, pijany jestem — poprawił się Antek i łzy otarł rękawem. — Nie mów nikomu o tym.

Antek zawstydził się, że zapłakał nad niedolą braci.

Nie wspominali później o swej rozmowie...

Staczał się Antek nad sam skraj przepaści. W duszę dziecięcia wsiąkały wrażenia, których mu nie szczędziło otoczenie. Antek w nowym swym życiu dopatrzył się poezji. Być śledzonym, narażać się ciągle, wymykać, ukrywać w piwnicy za psią budą, oszukiwać, kraść, obmyślać wyprawy, a przy tym być cząstką masy, mieć pieniądze, żyć i bawić się — żyć w ciągłym niepokoju i podnieceniu, kłaść rękę do cudzej kieszeni, plądrować w obcym mieszkaniu, przekradać się, nasłuchiwać — było w tym coś rycerskiego dla Antka, coś, co nie stało w tak wielkiej sprzeczności z jego ideałami, jak być poniewieranym przez piekarczyków w cukierni, zawijać paczki w sklepie lub odnosić posyłki.

A kotłowały się w duszy Antka, zmiennej, stubarwnej, uczucia najsprzeczniejsze, ale zawsze silne, wybiegały ponad szarą treść codziennego życia przeciętnych pracowników.

Mijały tygodnie i miesiące.

Poszedł raz Antek na Czerniakowską, ale tylko na chwilę, po swoje książki. Czatował na ciemnych schodach, stał długo wpatrzony we drzwi, doczekał się chwili, gdy starsi wszyscy powychodzili z mieszkania, wpadł do pokoju. Dzieci zbiegły się na jego powitanie. Krzyknął na nie, wyjął spod poduszki swoje książki i uciekł, uciekł spiesznie, bo nie chciał słyszeć żadnego zapytania, na które musiałby odpowiedzieć.